MAŁY PRZYJACIEL

 

Od września 19ó6 roku przybył nam w domu "lokator" - mały piesek pinczerek o imieniu Lucky.  Otrzymaliśmy go w prezencie od właściwego lokatora, Emanuela Betkera.  Lucky miał sierść jasno-brązową i ważył okolo 4 funtów.  Nie był zbyt pojętny, ale dał się lubić.  Przestrzegał i utrzymywał swoją higienę regularnie i w miejscach do tych celów wyznaczonych.  Niedługo cieszyliśmy się nim.  W niedzielę, 14 lipca 1968 roku, będąc "słomianym wdowcem" - wybrałem się z wizytą do pp. K. Sakowiczów w Guelph zabierając ze sobą pieska.  Upał był dość duży, więc spędzaliśmy po południe w ogródku leżakując i gawędząc na różne tematy.  W pewnym momencie ktoś krzyczy z ulicy, że na jezdni leży zabity pies.  Kiedy na maje wołanie mój Lucky nie zjawił się, wtedy wybiegłem na ulicę i zobaczyłem go leżącego na środku King`u.  Na moje wołanie lekko drgnął tylko.  Miał zamknięte oczy i czaszkę jakby powiększoną.  Dwóch kanadyjskich młodzieńców zatrzymało swój samochód i zawiadomiło Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami (Humane Society), skąd po pewnym czasie nadjechało kryte auto.  Sam ułożyłem w nim prawie nieżywego Lucky i razem z p. Sakowiczem pojechaliśmy na oddział weterynaryjny Uniwersytetu w Guelph, gdzie dwóch dyżurnych studentów zajęło się pieskiem.  Dali mu zastrzyk i ułożyli w chłodnym miejscu informując nas, że doktór weterynarz nadejdzie o godz. 9 wieczorem.  Była zaledwie 3 po poł.  P. Sakowicz zaofiarował się czekać na wynik badania Lucky przez weterynarza.  Wróciłem więc do domu.  Parę minut po dziewiątej zadzwonił p. Sakowicz, że prześwietlenie wykazało u Lucky czaszkę popękaną jak skorupka od jajka, które spadło na beton.  Nie było żadnego ratunku, więc dali mu zastrzyk usypiający.  Następnego dnia p. Sakowicz przywiózł Lucky w pudełku wymoszczonym papierem.  Pogrzebałem go w ogródku pod krzakiem bzu, który Lucky sobie specjalnie upodobał.  Tak się tragicznie zakończyło życie naszego pierwszego psa.  W tym czasie żona była z wizytą w Jugosławii.  Możliwe, że gdyby była ze mną u pp. Sakowiczów, to Lucky nie wybiegł by na ulicę.

 

Po stracie tego małego "lokatora" jakoś pusto się zrobiło, więc postanowiłem poszukać imnego pieska tej samej rasy.  W tym celu pojechałem do Hanover, Ont., gdzie odnalazłem matkę Lucky'ego z dwoma małymi szczeniakami.  Wybrałem brata Lucky'ego, za którego zapłaciłem $20.00.  Miał on wtedy zaledwie 3 tygodnie, więc było za wcześnie odłączyć go od matki.  Odebrałem go, gdy miał 10 tygodni i razem wraciliśmy do domu.  Okazał się bardzo pojętnym od pierwszych dni tresury - dał się wytrenować w ciągu zaledwie 3 dni.  Chociaż to był "on" - otrzymał ode mnie imię Perełka jako wspomnienie z wojska.  Mianowicie w kampanii rekruckiej w 3 p. Strzelców Podhalańskich był sierżant Koziołek, który w czasie ćwiczeń używał bardzo ostrego języka i oszołomionemu rekrutowi obiecywał: "Czekaj, perełko, ja cię nauczę w niedzielę po południu, która jest prawa ręka, a która lewa noga".  Ja ~Perełkę uczyłem cierpliwie; bez gróźb, i jestem bardzo dumny, bo to jest pierwszy pies, którego wyuczyłem podstawowych psich obowiązków.  Po smutnym doświadczeniu z Lucky, Perełka jest wyprowadzany na ulicę zawsze na smyczy czy to przeze mnie, czy też przez żonę.  Nie jest on bardzo przyjacielski w stosumku do osób wchodzących do naszego domu: dopiero po 8-10 wizytach przestaje warczeć.  Nie ma zupełnie przekonania do męskich tworów z długimi włosami, których obszczekuje zawzięcie; na równi z konnymi pojazdami Menonnitów.  W okresie zimy 1975 roku Perełka skorzystał z okazji uchylonych drzwi na ogród i wyskoczył sam na świe- że powietrze.  W tym samym czasie były na dworze dwa duże irlandzkie setery sąsiada.  Perełka wcale przed nimi nie uciekał, bo był na "swojej" posiadłości, ale szczekał.  To musiało zirytować seterów, bo jeden z nich złapał Perełkę w zęby, potrząsnął nim i rzucił jak piłką do drugiego.  Wraz z żoną stoczyliśmy nielada walkę ratując Perełkę i wyganiając intruzów z naszego ogrodu.  Po tej awanturze pozostały ślady zębów na futerku Perełki.

 

Na jesieni 1972 r. wróciłem dość późno z uroczystości otwarcia Polskiej Biblioteki im. M. Reja, Perełka nie przybiegł do drzwi na przewitanie.  Zaraz wyczułem coś niedobrego.  Perełka leżał w swoim miejscu i tylko ślepkami przewracał.  Wyniosłem go na świeże powietrze, ale nie mógł ustać na nóżkach.  Mimo późnej pory zatelefonowałem do weterynarza, dr. A. Hessa, który kazał mi zaraz psa przywieźć do siebie na zastrzyk.  Poprawa jednak nie nastąpiła, więc przy powtórnej wizycie prześwietlenie wykazało w żołądku Perełki dużą kurzą kość.  Oczywiście musiałem go zostawić u weterynarza na odpowiedni zabieg.  Odebrała go po 24 godzinach moja szwagierka Teodora, gdyż my z żoną wyjechaliśmy do Jugosławii i do Polski po śmierci naszego syna.  Po powrocie z Europy Perełka wyglądał nam bardzo chudy i zabiedzony, ale cieszył się z naszego powrotu.  Kiedy w 1974 w okresie zimy wyjechaliśmy z żoną na Florydę, to Perełka znów został u szwagierki.  Jej mieszkanie jest na drugim piętrze, więc Perełka wyszukał sobie wolne miejsce na parapecie okna od ulicy i stale tam przesiadywał obserwując samochody.  Gdy zobaczył nasz samochód, to skoczył do drzwi i tam czekał na nas.  Kiedy weszliśmy do mieszkania, to z radości tańczył chyba z 10 minut, choć go nikt tego nie uczył.  I tak się zawsze zachowuje, jak go odbieramy od szwagierki.

 

Kiedy rano wejdzie do kuchni i my nie zwrócimy na niego uwagi, to dotąd będzie pyszczkiem tykał w nasze nogi, aż się do niego wreszcie odezwiemy.  Nie lubi telewizji i kiedy jest nastawiona, to on kładzie się na ulubionym fotelu w nogach mojego łóżka.  Lubi za to bawić się balonikami: trzymając jednego w zębach podrzuca dwa inne przednimi łapkami w moim kierunku, czego się sam nauczył.  Codziennie po śniadaniu uprawia oryginalną gimnastykę bądź to w domu na dywanie, gdzie rozciągnięty na brzuchu  na całą swą długość czołga się podciągając się przednimi łapkami, bądź na trawie w ogrodzie tarza się na plecach.  Po zjedzeniu obiadu, który jest jego głównym posiłkiem, również na dywanie obciera sobie pyszczek z każdej strony.

 

Kiedy przygotowujemy się z żoną do wyjścia, to Perełka cieszy się, że pójdzie razem.  Jak usłyszy, że ma zostać sam w domu, to zwija się w kłębek na swoim posłaniu i ślepkami przewraca.  Przeraźliwym szczekaniem reaguje na dzwonek u drzwi wejściowych.  Od wody woli być z daleka i jeśli musi przepłynąć kawałek, to robi to niesamowicie szybko.  W czasie słoty i śnieżycy nie lubi długo spacerować.  Tak samo w czasie burzy, kiedy są błyskawice i pioruny biją, to położy uszy po sobie i ciągnie szybko do domu.  12 maja 1978 r. będzie miał 10 1at.