PRZYJAZD DO KITCHENER - PRACA W ODLEWNIACH

 W czasie odrabiania kontraktu na CPR nawiązałem łączność z panem Henrykiem Mage, znajomym z obozu wysiedleńczego w Gablingen i z jego listów dowiedziałem się, że w Kitchener są możliwości otrzymania pracy w moim zawodzie.  To głównie przyczyniło się do powzięcia decyzji odnośnie wyboru w Kanadzie stałego osiedlenia się.  Podabne pobudki kierowały i niektórymi z moich kolegów.  Do Kitchener wybrała się nas spora grupa, a mianowicie Paweł Białecki, Włodzimierz Czarnocki, Michał Jajko, Marian Lisiecki, Zygmunt Lisiecki, Roman Janicki, Menko, Ludawicz i autor.

Wyjechaliśmy pociągiem z m. Hudson w prowincji Quebec.  Do Kitchener dojechaliśmy 22 czerwca 1949 roku, już dobrze po północy.  Na krótki odpoczynek udaliśmy się do hotelu Windsor przy ulicy King.  Hotel ten w późniejszych latach spalił się doszczętnie.  Na drugi dzień udaliśmy się na poszukiwanie jakiegoś prywatnego locum.  Znaleźliśmy na ulicy  Frederick dom niejakiego pana Lipnickiego, stroiciela fortepianów, gdzie były możliwaści otrzymania mieszkania z utrzymaniem.  W nieznanym mieście takie wyjście było dla nas najlepsze.  Gospodarz poinformawał nas, gdzie są przystanki autobusowe, gdzie jest zgrupowanie fabryk, i życzył nam szczęścia w nowym kraju.  Więcej nam pomóc nie mógł, gdyż mimo polskiego brzmienia nazwiska znał tylko język angielski, a poza tym był niewidomym i na życie zarabiał strojeniem fortepianów.  Mieszkałem u niego tylko 10 dni.  Z chwilą otrzymania pracy w Gis Foundry przeniosłem się do Jana Gelaty na Mill Street, gdzie były lepsze i wygodniejsze warunki mieszkaniowe.

Ilość mieszkańców Kitchener wynosiła wtedy około 50,000, a z tych 75% było pochodzenia niemieckiego.  W dalszej kolejności szli Anglo-Sasi, Ukraińcy, Zydzi, Polacy, Bałtowie i Jugosłowianie.  Pierwszą rzeczą, jaką kupiłem w Kitchener, to było mapka z wykazem wszystkich fabryk.  Na tę pierwszą  wędrówkę za pracą poszliśmy razem z Aleksandrem Łozickim, Marianem i Zygmuntem Lisieckimi.

Pierwszą  wymienioną  w spisie była odlewnia alumimiowa na ulicy Mill.  Zrobiła na mnie wrażenie większego garażu, a pracowało w niej dwóch ludzi.  Jeden z nich był sam właścicielem, który nie widział możliwości zatrudnienia żadnego z nas.  Kiedy szliśmy po ulicy Mill, zauważyłem w pobliżu torów kolejowych dość duże zabudowania fabryczne ze znaną mi sylwetką komina od pieca kopułowego do przetapiania żelaza.  Był tam też i napis: "The Canadian Blower and Forge Ltd.".  Zattzymaliśmy się na chwilę medytując co robić.  Podszedł wtedy do nas starszy człowiek i zapytał po niemiecku "Was suchen sie?"..  Odpowiedziałem: "Wir suchen Arbeit".  Zainteresowany pytał "Was wir koennen arbeit"?.  A ja na to, "Ich bin Giser".  On powiedział "Das kommt mit mir", zaprowadził całą naszą grupkę do Gis Foundry, do biura p. Eby, "personel manager".  W czasie rozmowy prowadzonej łamaną angielszczyzną i niemczyzną pan Eby oświadczył, że może przyjąć tylko fachowców.  Z naszej grupki tylka ja byłem obeznany z pracą w odlewni, więc zostałem przyjęty.  Poczułem się w obowiązku  poinformowania p. Eby, że mam dość dużą przerwę w tej pracy, co on przyjął do wiadomości.

24 czerwca 1949 roku zacząłem pracę w Gis Foundry jako pomocnik na form-maszynie z płacą 80c. na godzinę, czyli o 20 c. więcej niż w "Extra Gang'u".  W tej odlewni produkowano urządzenia do kanalizacji miejskich, wodnych i ściekowych.  Przez pierwsze dwa miesiące pracowałem razem z Niemcem, uchodźcą z Rumunii, o nazwisku Schafer.  Początkowo odnosił się do mnie z wielką rezerwą, ale po bliższym poznaniu jakby odtajał i nigdy z jego strony nie miałem żadnej przykrości.  Po kilku miesiącach zapoznałem się już zupełnie z systemem produkcji tej odlewni i z moją pracą.  Przykro mi jednak było, że potrafię zrobić więcej, a otrzymuję mniejszą zapłatę.  Musiało się to już mocno odbić na mojej twarzy, gdyż raz foreman, John Heibach, zapytał o przyczynę mojego przygnębienia.  Bez żadnych ogródek powiedziałem mu, że dzieje mi się krzywda, gdyż wykonuję więcej niż Schafer, a zarabiam tylko 80c., a on ma dolara.  John Heibach odchodząc powiedział, że za:raz wróci.  Rzeczywiście, przyszedł po jakiejś pół godzinie i oznajmił, że dostanę 5 c. podwyżki na godzinę.  Zostałem wtedy przydzielony do pracy samodzielnej na dużej podłodze, pod dźwigiem elektrycznym.  Wykonywałem wszystkie odlewy, jakie były zamawiane, z wyjątkiem hydrantów i podstaw do motorów elektrycznych, bo te rzeczy wykonywali jedni i ci sami moulderzy.  W czasie mojej pracy w Gis Fonudry nikt mi nic nie pokazał, ami też nie objaśnił, ale za. to wszyscy obserwowali z boku, jak sobie radzę.  Raz tylko zdarzyło się, że jeden starszy moulder pochodzenia ukraińskiego objaśnił mi szczegół wykończenia formy, gdyż w Europie było to inaczej robione.  Forerman przynosząc mi zamówienie mówił tylko co mam robić i w jakiej ilości.  Dając natomiast podobną pracę niemieckiemu moulderowi potrafił stać przy nim z  10 minut i objaśniać wszystko z najdrobniejszymi szczegółami.  Ja musiałem sobie sam kombinować sposób wykonania roboty.  Czasami na ochotnika dołączyłem do grupy wyładowującej złom żelazny lub też piasek z wagonów towarowych.  Ta praca była bardzo wyczerpująca - można ją było wykonać w czasie przerwy obiadowej, lub też przerwy przed odlewem, ale była płacona osobno od wagonu.

Poza mną był tam jeszcze jeden Polak, Józef Galas, którego ojciec pracował w tej odlewni całe życie, a on sam doszedł do funkcji zastępcy foremana.  Był tam też jeden Słowak, 6 Ukraińców i 2 Szkotów, a reszta - około 50 Niemców.  Wentylacja w czasie odlewów była dobra dzięki 2 dużym wentylatorom w bocznych oknach i jednemu ogromnemu w dachu.  Wyciągały one wszelkie wyziewy, gazy i pył z odlewni i wyrzucały dosyć daleko.  Wyziewy z tych odlewów było czuć w promieniu co najmniej 500 m. od odlewni, zależnie od kierunku wiatru.

Jednego dnia była kontrola warunków pracy dokonywana przez pracowmika wydziału zdrowia.  Powiedział on do nas, że będzie w naszymr interesie leżało, jeśli będziemy utrzymywać wilgotmą podłogę, na której pracujemy.  Podłoga ta była z piasku, a miejscami z betonu.  Ja tego zalecenia przestrzegałem bardzo.  W praktyce wyglądało to w ten sposób, że codziennie rano moją pierwszą czynnością było zmoczenie wszystkich chodników wodą przy pomocy węża gumowego.  Niezbyt to się podobało foremanom, a1e nigdy nie zakazali wykonywania tego.  Gdyby tylko spróbowali coś powiedzieć o tym to miałem przygotowaną odpowiedź.Praca związana z wybijaniem odlewów była wykonywana przez 3 ludzi, którzy zaraz rozpoczynali tę robotę po zakończeniu odlewu.  W ten sposób na drugi dzień rano moulderzy mogli rozpoczynać pracę zaraz po dzwonku.

 

Nocna zmiana otrzymywała dodatek nocny w wysokości 10-15c. na godzinę.  Na Boże Narodzenie dyrektor fabryki, pan Rason, podchodził do każdego robotnika i wręczał mu kopertę z płacą za dzień Bożego Narodzenia, życząc "Merry Christmas".  Każdy robotnik po przepracowaniu jednego miesiąca, czyli t.zw. okresu próbnego, był automatycznie wpisywany do unii robotniczej, a fabryka też automatycznie potrącała składki unijne z wypłaty raz na miesiąc, lub raz na dwa tygodnie.  Każdy robotnik otrzymywał urlop wypoczynkowy od jednego do czterech tygodni, w zależności od ilości przepracowanych lat.  Tak samo fabryka płaciła za 7 dni świątecznych w roku, a mianowicie płatne były: Nowy Rok, Wie1ki Piątek,  Victoria Day, Dominion Day, Labour Day, Thanksgiving Day i Boże Narodzenie.

 

W lutym 1952 roku prosiłem foremana Johna Heibacha o przyjęcie do pracy Aleksandra Kamińskiego, który mieszkał w moim domu, miał na utrzymaniu żonę i troje drobnych dzieci, a nie mógł znaleźć pracy.  Foreman obiecał, że przyjmie go, jak będzie wolne miejsce. jednak jak się nadarzyła sposobność,  to przyjął Niemca.  Bardzo mnie to zabolało.  Na moje wymówki otrzymałem jednak odpowiedź, że ten nowy został tylko czasowo przyjęty.  Byłem rozgoryczony tym, że gdyby było mnie na to stać, to rzuciłbym tę pracę.  Zbieg okoliczności sprawił, że do tego doszło.  Mianowicie odlewnia Canadian Blower and Forge Co. Ltd. dała ogłoszenie do dziennika "Kitchener - Waterloo Record", że poszukuje moulderów.  W najbliższą sobotę poszedłem do `personel managera Mr. MacMillana, aby dowiedzieć się o warunkach.  Mr. McMillan skierował mnie do foremana odlewni Mr. Clarka, który był pochodzenia szkockiego.  Trudno mi się było zdecydować na zmianę miejsca pracy tym bardziej, że w Gis- Faundry miałem już przepracowane trzy lata, więc to już było pewnym starszeństwem.  Mr. Clark zbagatelizował moje obawy twierdząc, że jeśli będzie jakiś zastój, to dotknie wszystkich i wszystkie miejsca pracy.  Dał mi jednak tydzień czasu do namysłu.  Przez całe trzy dni rozważałem wszystkie możliwości dodatnie i ujemne - zdecydowałem się na ryzyko zmiany miejsca pracy.  Ponownie zgłosiłem się do foremana Clarka i zameldowałem, że od poniedziałku, t,j. od 11 lutego 1952 roku zacznę pracę w odlewni Blower and Forge w charakterze mouldera.

Główny administrator Gis Foundry, Mr. C:L. Rason, był bardzo zaskoczony moim odejściem i usprawiedliwiał się, że nie może mi dać podwyżki, gdyż i tak mam już najwyższą stawkę płaconą moulderom, bo $ 1.20 na godzinę.  W ostatninn dniu mojej pracy u Gisa, w piątek 8 lutego 1952 r., wyplacono mi całą należność za pracę i urlop.

 

Patrząc się na tę zmianę miejsca pracy z perspektywy czasu, utwierdziłem się w przekonaniu, że postąpiłem dobrze.  Po pierwsze urządzenia i warunki pracy w Blower and Forge okazały się o wiele lepsze i nowocześniejsze. niż w Gis Foundzy, przez co zaoszczędziłem na zdrowiu.  Po drugie psychicznie czułem się też lepiej; gdyż osoby na kierowniczych stanowiskach były zróżnicowane narodowościowo, a przez to nie było żadnej dyskryminacji.  Trzecie - były korzyści materialne, gdyż zarobek wynosił o 50 c. na godzinę więcej niż w Gis Foundiry, było lepsze ubezpieczenie chorobowe i emerytalne tak, że gdy w 1971 roku przeszedłem na emeryturę,  to otrzymałem $5.00 pensji za każdy przepracowany rok.

Kiedy rozpoczynałezn pracę w Blower and Forge, to prezydentem był Mr. J.H. Gregory, Mr. J. McMillan jego zastępcą, Mr. Emerson Clark był głównym foremanem, a Mr. Eddie Moss jego zastępcą.  W ciągu lat miały miejsce zmiany personalne, a więc w czasie mojego przejścia na emeryturę Mr. J.H. Gregory był nadal prezydentem, ale jego zastępcą został Mr. J:R. Adare.  Funkcję personalnego pełnił Mr. K.J. Leader.  Moim foremanem został Mr. Griff Sauders, a Mr. M. Lachman jego zastępcą.

Przy rozpoczęciu pracy dostałem $1.30 na godzinę, czyli o 10 c. więcej niż w Gis Foundry, a w chwili przechodzenia na emeryturę zarabiałem $3.93 na godzinę.  Przez pierwsze sześć lat pracy przysługiwały nam 2-tygodniowe urlopy. Powyżej 7 lat mieliśmy 3-tygodniowe wakacje, powyżej 16 lat - 4tygodniowe.  Jeśli ktoś potrafił przepracować w odlewni 24 lata, to dostawał 5 tygodni płatnych wakacji.  Oczywiście ustawowe święta kanadyjskie były też płatne, a było ich łącznie 11 dni w roku.  Fabryka zatrudniała około 250 ludzi.  Wyrabiano głównie  wszedkiego rodzaju pompy.  Wentylatory robiono czasami tak wielkie, że koła wirowe miały 3 m. średnicy.  Oczywiście każdy taki wentylator musiał mieć dla siebie osobny wagon kolejowy do transportu.  Wykonywano odlewy z żelaza szarego, białego, utwardzanego, antymagnetycznego, oraz z brązu i aluminium.  Najcięższe odlewy, które autor wykonywał, ważyły do 1 tony żelaza szarego, a były to podstawy do pomp i motorów elektrycznych.  Odlewy z brązu były lżejsze, bo ważyły około 300 funtówi.  Od 1955 roku wykonywałem przeważnie formy pomp na sucho, czyli formy były wysuszane w specjalnie do tego celu zbudowanym piecu.  Zdarzało się, że robiło się 60 do 80 sztuk z jednego modelu.  Metodę przygotowywania form na sucho znałem jeszcze z czasów mojej pracy w odlewniach w Polsce.  Kiedy przechodziłem na emeryturę w 1971 roku, to "Blower and Forge" zaczął wprowadzać nową metodę robienia form, t.zw. "no-back".

W ciągu 19 i pół lat pracy w "Blower and Forge" otrzymałem trzykrotnie specjalne podwyżki, poza tymi przyznanymi wszystkim na podstawie kontraktów zawieranych między zarządem fabryki a unią robotniczą.  Pierwszą taką, specjalną podwyżkę dostałem za wykonanie dużego, bo ważącego 1 tonę, odlewu w ciągu dwóch dni.  Pierwszego dnia ubiłem formę, a na drugi dzień zaraz rano rozbierałem ją i wyszła dobrze.  Przygląlał się temu przechodzący właśnie obok foreman Mr. E. Clark.  Zatrzymał się i powiedział, że będę miał kłopot.  Zdębiałem, bo nie poczułem się do żadnego przestępstwa.  Emerson roześmiał się i powiedział, że będę dostawał o 10c. na godzinę więcej.  Odparłem, że od takich kłopotów głowa boleć nie będzie.

Drugą podwyżkę otrzymałem w takich okolicznościach: w czasie odlewu zaczęło dość silnie uciekać płynne żelazo z dużej formy.  Nie wiele się namyślając doskoczyłem z żelazem wprost do pieca kopułowego w ręcznym nośniku i dolałem brakującego żelaza ratując w ten sposób cały odlew.  Wtedy znów foreman Clark mówi, że mam nowy kłopot, bo dostanę o 5 c. na godzinę więcej.  Podziękowałem mu serdecznie za ten miły gest.

 

Trzecią nadprogramową podwyżkę otrzymałem, kiedy foreman Emerson Clark odchodził na pensję.  Niektóny moulderzy nie dostawali jeszcze pełnej stawki zarobkowej ustalonej kontraktem.  Mr. Clark miał prawo te stawki podciągać, co też robił w stosunku do mnie.  Otrzymałem wtedy 15c. podwyżki.  Wkrótce wszedł w życie nowy kontrakt, na podstawie którego doszło mi jeszcze  10 c.  Te łączne 25 c. na godzinę były moją największą podwyżką jednorazową za cały czas pobytu w Kanadzie.  Bardzo mnie to ucieszyło.

Ten foreman, Emerson Clark, urodził się w Szkocji i przybył do Kanady wraz z rodzicami jako 5-letni chłopiec.  Nauczył się kilka słów po polsku.  Na przykład, rano przechodząc kolo mnie zawsze powiedział "dobry Tony".  Wiedział znaczenie i potrafił powiedzieć: pierogi, gołąbki, kapusta, pijany.  Ode mnie nauczył się: dziękuję, do widzenia, dobranoc.  Dzisiaj ma 84 lata.  Mieszka w Preston - Cambridge.  Widuję się z nim na wspólnym obiedzie urządzanym przez "Blower and Forge" co roku z okazji Bożego Narodzenia.  Palił cygara, a gdy usiłowałem namówić go, aby przestał palić w ogóle, to powiedział, że to jedyna przyjemność, jaka mu pozostała.  Zawsze był bardzo uczynny: na moją prośbę przyjął do pracy 3 Polaków i jednego Jugasłowianina.  Warto przypomnieć tu jeszcze jeden charakterystyczny szczegół świadczący o zaletach Mr. Clarka.  Jednym z moich głównych zajęć były pompy z żelaza szarego.  Mało miałem do czynienia z żelazem antymagnetycznym i brązem.  Dlatego też zdarzył mi się nieudany odlew pompy z brązu.  Na skutek niewłaściwego usztywnienia rdzenia środkowego 300 fumtów brązu poszło na "scrap".  Byłem przygotowany na wymówki ze strony Mr. E. Clarka.  Minął jeden dzień i nie było żadnej reakcji, więc już na drugi dzień sam zacząłem wyjaśniać, co było przyczyną tego "scrapu".  Wtedy Mr. Clark odparł, że nie zawsze wszystko się udaje, oraz że on jest po to foremanem, żeby robotnikowi doradzać, gdy zaistnieje tego potrzeba, a jego czas jest za drogi, aby go tracić na robienie wymówek.  Nabrałem przez to jeszeze więcej szacunku dla niego.

Równocześnie ze mną pracowali w "Blower and Forge" i inni Polacy, jak W. Stankiewicz, S. Józefowicz, J. Piciukiewicz, W. Cupryk, F. Polak, Kowalski, Bogdanowicz i Czarny.  W ślusarni był Wilczyński i Apan.  Pan W. Stankiewicz był najstarszym spośród nas pod względem ilości lat spędzonych w Kanadzie.  Jako "stary emigrant" zawsze służył pomocą nowoprzybyłym rodakom.  Dzięki jego staraniom zostali przyjęci do "Blower and Forge" Wielgosz, Piciukiewicz i Czupruk.  Tych dwóch ostatnich, weteranów .II Korpusu, zmarło w latach 70-tych w niewyjaśnionych okolicznościach.  Kowalski został zwolniony za zaniedbywanie swoich obowiązków w pracy.  Czarny, też "stary emigrant", po bardzo gwałtownej i przykrej kłótni z symem, wyjechał do Polski.  Nie pomogły rady Mr. Emersona Clarka, żeby w jakiś sposób zabezpieczył sobie powrót do Kanady.  Polska przyjęła Czarnego gościnnie, ale wkrótce po przyjeździe zmarł złamany ostatnimi przeżyciami.

W 1969 roku doszło do strajku, jedynego w czasie mojej pracy w odlewni.  Trwał on 9 tygodni.  Unia robotnicza wypłacała zasiłki tygodniowe w wysokości $20.00 dla samotnych i $30.00 dla żonatych.  Każdy z nas, strajkujących, pełnił dyżur w pilnowaniu fabryki.  Pilnowaliśmy, żeby niczego nie dowożono, ani też nie wywożono, a na teren odlewni wpuszczaliśmy tylko pracowników biurowych.  W praktyce wyglądało to w taki sposób, że przy każdym wejściu i przy dłuższych odcinkach ogrodzenia fabrycznego ustawiliśmy przyczepy samochodowo-kampingowe, w których odpoczywaliśmy po obejściu swoich odcinków, jak również chroniliśmy się w nich w czasie deszczu.  Na swoje dyżury przynosiliśmy jedzenie, karty, szachy, czasami wino własnego wyrobu, a niekiedy i coś mocniejszego.  W wyniku strajku uzyskaliśmy podwyżkę płacy, podwyższono nam również pensję fabryczną, przyznano dodatek na buty do pracy, dodatek na lekarstwa, oraz korzystniejsze urlopy wypoczynkowe.  Ale również w wyniku strajku zmieniła się atmosfera w fabryce: dyscyplina pracy została mocna wyśrubowana; zlikwidowano przerwę, jaką mieliśmy po złożeniu form odlewniczych przed pokazaniem się płynnego żelaza z pieca kopułowego.  Zlikwidowano też objazdową kantynę, a razem z nią i zwyczaj kupowania jedzenia i papierosów, oraz odpoczywania, kiedy kto chciał.  Zainstalowano aparaty z papierosami, czekoladą, oraz z zimnymi i gorącymi napojami, ale korzystać z nich można było tylko w czasie przerwy sygnalizowanej dzwonkiem.

W okresie Bożego Narodzenia istnieje w "Blower nad Forge Co. Ltd. " piękny zwyczaj urządzania wspólnego obiadu dla wszystkich emerytów fabrycznych, z foremanami i zarządem fabryki.  Są wtedy wręczane małe upominki - jednakowe dla wszystkich - w postaci $10.00.  Ci, którzy pracują, otrzymują te pieniądze wraz z życzeniami pod koniec dnia pracy: zarząd fabryczny wraz z foremanami danego działu chodzi między robotnikami składając życzenia, wręczając upominek i ściskając brudne od pracy dłonie.

Ostatnim dniem mojej pracy zarobkowej, którą podjąłem w Kanadzie 19 czerwca 1948 roku, był 9 lipca 1971 roku.  W "Blower nad Forge Co." przepracowałem 19 i pól roku.  Gdy w 1948 roku rozpoczynałem pracę, na kolejach CPR, otrzymałem stawkę 60c. na godzinę.  Odchodząc na emeryturę zarabiałem w odlewni $3.93 na godzinę.  Moją decyzję wcześniejszego przejścia na emeryturę przyśpieszyło przyznanie mi przez rząd niemiecki odszkodowania za pobyt w obozach koncentracyjnych.

Ostatni dzień mojej pracy zapowiadał się zwyczajnie, jak każdy inny.  Przedpołudnie przeszło spokojnie.  Kiedy po przerwie obiadowej wykańczałem głowicę do wentylatora, to w pewnym momencie zauważyłem, że starszy foreman, dziś już nieżyjący, MT. G. Saunders zbiera wszystkich czterdziestu trzech robotników z naszego dzialu i cała ta grupa ustawia się niedaleko mojego miejsca pracy.  Młodszy foreman, Mr. M. McLachman, poprowadził mnie przed front zebranych, gdzie Mr. Griff Saunders podziękował mi w imieniu zarządu fabryki i swoim za długie lata pracy, za lojalność, i życzył mi długich lat życia ma emeryturze.  Wręczył mi kopertę z sumą $43.00 dobrowolnie złożoną przez kolegów - robotniików z odlewni.  Podziękowałem wszystkim bardzo serdecznie za życzenia i upominek, oraz wspomniałem o moim pierwszym dniu pracy w dalekiej Polsce i o rozpoczęciu pracy w "Blower and Forge".  Szczere uściski dłoni zakończyły ten pamiętny dla mnie dzień pożegnania się z odlewnią.  Wszystkie dowody pracy, ubezpieczenia, oraz należności otrzymałem przez pocztę.  Przez następnych 40 tygodni otrzymywałem zasiłek bezrobocia w wysokości  $74.00  tygodniowo.