EMIGRACJA DO KANADY - ROCZNY KONTRAKT PRACY NA C.P.R.

Cofając się myślami do okresu spędzonego w Niemezech po wyzwoleniu z obozu, żałuję, że nie wykorzystałem tego czasu na uzupełnienie mojego wykształcenia.  Faktem jest jednak, że stale pracowałem na terenech obozów wysiedleńczych, aby nie zanudzić się, oraz aby za skromniutkie zarobki dokupić sobie jakieś możliwsze ubranie i dożywić się.

Podróż z Bremenshafen do Halifaxu trwała 9 i pół dnia.  Transport nasz składał się z Ukraińców, Polaków, Estończyków, Łotyszów i Litwinów.  Każdy z nas przed wyjazdem z obozu podpisał kontrakt na jeden rok pracy tam, gdzie go rząd kanadyjski przeznaczył.  Samotni, jak ja, mężczyźni jechali do pracy na kanadyjskich kolejach C:P.R. i C.N.R.  Rodziny zaś jechały do prac przy burakach cukrowych.  Koszty podróży z Niemiec do Halifaxu były opłacone pazez I.R.O.  Na statku wyżywienie było dobre, chociaż może za dużo dawano słodyczy.  Prawie każdy z nas przeszedł chorobę morską.  Ja też przechorowałem około 3 dni.  Niektórym przynosił ulgę czarny chleb europejski, którego zapas niektórzy wieźli.  Przerobiono również z nami kilka próbnych alarmów przeciwpożarowych.  Przez dwa dni przed przyjazdem do Halifaxu czyściliśmy okręt.

Stojąc przy burcie wpatrywaliśmy się w niezmierzoną głębię oceanu i zastanawiałem się, czy jestem na właściwej drodze?  Zadawałem sobie pytanie o celowości tej podróży?  Czy nie lepiej było zostać w Europie?  Wrócić do Kraju?  Rozsądek jednak wskazywał, że podróż ta była jedynym wyjściem dla wszystkich, co się na tym  statku znajdowali.  Trudno było zdecydować się na powrót do Polski ze względu na przemocą narzucony ustrój.  Żaden kraj europejski nie mógł dać nam schronienia z zapewnienieun pracy i dachu nad głową. Stany Zjednoczone i Kanada ofiarowały nam najkorzystniejsze warunki osiedlenia na stałe.

Dnia 15 czerwca 1948 roku, około godziny 4 rano okręt nasz zatrzymał się w porcie Halifax.  Dzień zapowiadał się chmurno; mgła zasłaniała ogólny widok i urządzenia portowe.  Czekaliśmy około 3 godziny na przyholowanie do właściwego miejsca naszago lądowania.  W .tyrn czasie jadący w grupie Bałtów ksiądz przemówił do swoich współziomków na temat ich zachowania się w nowym kraju, a głównie przekazywał zachowanie ojczystego języka i pamięci o tym, że ich ojczyzna jest w niewoli rosyjskiej.  Ukraińcy wydobyli flagę narodową, ale nie wiem do dnia dzisiejszego, co  mogli z nią zrobić, gdyż na ziemi kanadyjskiej więcej jej nie widziałem.  My Polacy nie mieliśmy swego księdza, ani nie wieźliśmy flagi narodowej.  Zycie nauczyło nas cenić wolmość i wpoiło w nas przywiązamie do mowy ojczystej.  Wiedzieliśmy, że Polska została zaprzedana w niewolę sowiecką nie z własnej winy i że ten fakt nakłada na nas obowiązek mówienia prawdy o naszej Ojczyźnie w całym wolnym świecie.

Około godz. 7.30 okręt nasz został przyholowany do portu i połączany pomostem z brzegiem Kanady.  Pozbieraliśmy swoje ręczne bagaże i weszliśmy do olbrzymiej hali, gdzie wkrótce przywieziono nasz cięższy bagaż.  Przy kontroli dokumentów każdy otrzymał na paszporcie owalną pieczęć z napisem: "Landed  Immigrant - Halifax  15 June  1948".  Bagaże kontrolowano bardzo powierzchownie.  Panie  z jakiejś kanadyjskiej instytucji dobroczynnej obdarowały każdego dużej wielkości pomarańczą oraz paczką tytoniu i bibułek.  Zaraz też zjawił się przedstawiciel C.P.R., uprzejmy pan w średnim wieku, który zaopiekował się nami przy załatwianiu formalności wjazdowych, a następnie zaprowadził nas do restauracji kolejowej na smaczny i suty posiłek., pierwszy na terenie Kanady.  Wkrótce też odjechaliśmy pociągiem CPR  do miejsca naszego przeznaczenia, gdzie mieliśmy rozpocząć pracę jako robotnicy kontraktowi dla CPRWagony, w których jechaliśmy, były wygodne, przestrzenne i czyste, a postoje były krótkie.  Już następnego dnia rano spożywaliśmy śniadanie w St. John - Nova  Scotia.  Inne posiłki jedliśmy w takich miejscowościach, gdzie pozwalał na to czas postoju pociągu.  Po 46 godzinach podróży dojechaliśmy do Avonmore, położonego na linii Montreal - Ottawa w odległości okoto 60 mil na południowy zachód od Montreału.  Podróż koleją i wyżywienie były na koszt spólki CPR, dla której później pracowaliśmy od 19 czerwca 1948 roku do 24 czerwca 1949, po 9 - 10 godzin dziennie otrzymując płacę 60c. na godzinę bez zaliczenia godzin nadliczbowych.

Avonmore była wtedy małą osadą, która posiadała stację kolejową, kościół, szkołę i kilka sklepów.  Na bocznym torze stały wagony osobowe, wycofane z ruchu, pomalowane na kolor jaskrawo- czerwony.  Były to nasze domki na kółkach, gdzie już kwaterowali Jugosłowianie, którzy przybyli przed nami na takich samych warunkach.  Było też wśród nich kilku Ukraińców.  Nasza grupa Polaków liczyła 25 ludzi.  W końcowych wagonach znaleźliśmy wolne łóżka, na których złożyliśmy majątek przywieziony z Europy, czyli jedną lub dwie walizki.  Na piętrowych łóżkach były cienkie materace z trawy, oraz koce.  Adres nasz był następujący: Imię i nazwisko, CPR, Extra Gang, miejscowość i prowincja.  Czasami dodawało się c/o nazwisko formalna.  Piątek, 18 czerwca, spędziliśmy częściowo na wypoczynku, a częściowo na poznawaniu nowych współtowarzyszy, których spotkaliśmy w wagonie jadalnym.  Rozpoczynali oni swoje emigranckie życie tak samo, jak i my, z tą tylko różnicą, że w Niemczech byli w angielskiej strefie okupacyjnej, a my w amerykańskiej.

W sobotę, 19 czerwca 1948 roku zaczęliśmy dawno oczekiwaną pracę.  Polegała ona na podnoszeniu toru kolejowego do wysokości 4-6 cali i podbijaniu pod progi kolejowe nowego kamienia kruszonego specjalnymi ręcznymi ubijakami.  Na przedzie szło czterech ludzi, którzy dźwigali cały tor, a za nimi 6 albo 8 par ludzi podbijało każde miejsce, gdzie szyna była przybita do pokładu.  Oczywiście zmieniało się też zbutwiałe podkłady, połączenia szyn, płytki podkładowe dokręcano luźne śruby, czy też wbijano nowe gwoździe.  Podnoszenie torów było wykonywane w taki sposób, aby ruch pociągów na linii Ottawa - Montreal nie był wstrzymywany.  Jeżeli czas przejazdu między pociągami był dłuższy, to tym samym i odcinek podniesienia był dłuższy.  Żaden podkład nie mógł pozostać niepodbity.  Nasi "formani", a mieliśrny ich dwóch, musieli mieć przed rozpoczęciem pracy plan przejazdów pociągów i dokładne wyliczenie czasu potrzebnego na podniesienie i podbicie danego odcinka toru.  Jeden z "foremanów", Ken, wysoki i szczupły, w średnim wieku, był bardzo zdolnym i pracowitym człowiekiem.  Nigdy nas do pracy nie popędzał, ale swoim przykładem pokazywał, jak powinniśmy pracować.  Jeśli się zdarzyło, że podniesiony tor nie był gotowy, a miał nadejść pociąg to Ken sam zabierał jeden podkład pod jedną pachę, drugi pod drugą, linijkę kontrolną w zęby i biegiem donosił to wszystko na właściwe miejsce.  Praca nie była lekka; ale bywały i cięższe.  Najcięższą pracą wg. mnie było wyładowanie z wagonów kamienia kruszonego używanego do podbijania podkładów.  Jeżeli w wagonie nie było otwieranego dna, to trzeba było machać łapatą i wyrzucać kamienie ponad ścianę wagonu.  Pył, piasek i piekące słońce czyniły tę pracę podwójnie ciężką i wyczerpującą tym bardziej, że wykonywało się ją po skończonym odcinku toru, czyli wieczorami, lub w sobotę po południu.

Cały nasz "extra Gang" liczył około 75 ludzi.  Jugosłowianie byli najliczniejsi, następnie ilościowo szli Polacy i wreszcie Ukraińcy. Posiłki były przygotowywane przez dwóch Jugosłowian z prowiantu zakupionego przez "formana".  Całodzienne utrzymanie kosztowało nas $1.60 dziennie. Obfitość i jakość wyżywienia zależała od zakupów dokonanych przez danego "formana", a zmieniali się oni wraz ze zmianą miejsca naszego postoju.  Zdarzały się wypadki, że mięsne dania przyrządzano z pozostałości z dnia poprzedniega.  Oczywiście spożycie niezbyt świeżych produktów wywoływało biegunki, a średnia to przyjemność pędzić do lasu w czasie mrozu, czy też zawiei śnieżnej.  Niektórzy spośród nas, a i ja do nich należałem, kupili sobie maszynki spirytusowe i konieczne naczynia kuchenne,. aby samemu przyrządzać posiłki.  Nasi foremani nie byli z tego zadowoleni, ale zakazać nie mogli.  Zdarzali się jednak między nimi i tacy złośliwcy, że nie raczyli rano powiadomić wszystkich, że nie wrócimy na obiad do "domu".  O ile nie zasięgnęło się języka w wagonie kuchennym, to ci z nas, którzy gotowali sobie sami, nie mieli możności zabrania ze sabą żadnego pożywienia.

W ciągu tego jednego roku, jaki spędziłem w "Extra Gang'u" CPR , pracowałem w wielu miejscowościach w prowincjach Ontario i Quebec.  Przewożono nas najczęściej nocami, aby strata czasu przeznaczona na wykonanie pracy była minimalna.  Pracowaliśmypo 10 godzin dziennie, a w soboty po 9.  Gdy w czasie deszczu wracaliśmy do wagonów i nie pracowaliśmy, to zależało od formana, czy płacono nam za to, czy nie.  Do punktów pracy i do wagonów mieszkalnych jeździliśzny derezynami o napędzie ręcznym.  Jedna z nich została raz rozbita przez pociąg pośpieszny, ale szczęśliwie nie było przy tym żadnych ofiar.  Wszyscy Polacy mieliśmy trzy razy w tygodniu naukę języka angielskiego.  Była ona prowadzona bardzo sumiennie przez pana Kotowskiego.  Znał on ten język jeszcze z Polski, a będąc w niewoli niemieckiej udoskonalił jeszeze tę znajomość przez obcowanie z jeńcami angielskimi.  W Kanadzie sam się zaofiarował uczyć nas i to zupełnie bezinteresownie.  Kiedy było ciepło i ładnie, to lekcje odbywały się na wolnym powietrzu przy naszych wagonach.  Przy dłuższych postojach korzystaliśmy z lokalów kanadyjskich szkół publicznych, które nam chętnie oddawano.

W miejscowości Merykville spotkaliśmy Polaka o imieniu Władysław, który przyjechał do Kanady z II Korpusu gen. Andersa i odrabiał kontrakt w mleczarni.  Właścicielem tego przedsiębiorstwa był Kanadyjczyk, Russell Moffat, który za pośredmictwem kolegi Władysława zaprosił dwóch z "Extra Gang'u" na kolację.  Władzio wybrał kolegę Ulricha i autora.  W danym dniu i o oznaczonej godzinie stawiliśmy się u pana Moffata wyszorowani, wygoleni i w naszych najlepszych ubraniach.  Gospodarz jednak życzył sobie, abyśmy wykąpali się pod tuszem w jego domu.  Dopiero tak odświeżeni zasiedliśmy do wspólnego stołu z panią Felicitas, panem Russell i ich jedyną córką Kol.  U1rich i ja słabo władaliśmy angielskim, więc Władzio nas wyręczał przy razmowie.  Kolacja była wystawna i obfita, a gospodarze dokładali starań, abyśmy czuli się dobrze w ich domu.  Mile wspominam ten pierwszy pobyt w kanadyjskim domu i poznanie ludzi, którzy rozumieli położenie Polaków i interesowali się Polską, o której dość już dużo wiedzieli.  Przypuszczalnie zostali uświadomieni przez Władzia.  A poznaliśmy go przez to, że przywoził mleko do kuchni "Extra Gang'u".  Przez cały czas pobytu w tamtej miejscowości byliśmy zapraszani do państwa Moffatów na każdą sobotę..  Czasami kolacja była wcześniejsza i pan Moffat zawoził nas do pobliskiej Ottawy umawiając się na określoną godzinę powrotu.  Szliśmy wtedy przeważnie do kina.  Jeśli film był krótszy lub mniej ciekawy, to spacerowaliśmy ulicami Ottawy zachwycając sie wystawami i neonami.  Uczyłem  się wtedy również poznawać życie kanadyjskie.  Będąc w kontakcie z moim kuzynem J. Świerczkiem z Montrealu, postanowiłem wysłać mu pieniądze.  Sądząc, że procedura przesyłkowa jest taka sama jak w Polsce, poszedłem na pocztę, dałem urzędnikowi pieniądze z adresem kuzyna i otrzymany przekaz pocztowy schowałem do kieszeni w przekonaniu, że resztę załatwia poczta.  Kiedy po miesiącu kuzyn mi doniósł, że żadnych pieniędzy nie otrzymał, powiedziałem o tym panu Moffatowi i pokazałem mu ten przekaz pocztowy jako dowód, że pieniądze wysłałem. Pan Moffat wyjaśnił mi, że ten przekaz, t.zw. Money Order, muszę wysłać do kuzyna i dopiero wtedy jemu poczta wypłacić może przekazaną kwotę.  Pewnie pan Moffat uśmiał się w duchu z mojej nieświadomości, ale na zewnątrz tego nie okazał...

Kiedy w 1967 roku jechałem do Montrealu na Expo, to wstąpiłem do Merrykville chcąc odwiedzić starych przyjaciół.  Usłyszałem jednak przykre wiadomości, mianowicie kolega Władysław zginął od porażenia prądem w czasie pracy w Ontario Hydro, a pan Moffat zmarł nagle na serce.  Pani Felicitas prowadziła mleczarnię sama, bo córka wyszła za mąż.

W połowie grudnia 1948 roku, czyli z chwilą nadejścia ostrej zimy prace przy podnoszeniu torów kolejowych zostały zakończone.  Nasz "Extra Gang" został podzielony na dwie grupy, z których jedna miała jechać w rejon Galt do wycinania drzew i krzaków wzdłuż torów CPR, a druga do wyrąbu lasów w okolicy jeziora Nipigam.  Od .nas zależało, do której pracy chcieliśmy się zgłosić.  Ja wybrałem pracę w lesie.  Gotowi, czekaliśmy na wiadomość o wyjeździe prawie przez cały tydzień.  Ponieważ okazało się, że w lesie nie ma dla nas odpowiednich możliwości zakwaterowania, pozostaliśmy nadal w wagonach, chociaż w ilości zmniejszonej, i wycinaliśmy drzewa i krzaki wzdłuż torów CPR.  Te mieszkania-wagony nie były zbyt dobre w zimie, gdyż mimo palenia w piecykach woda w wiadrach nieraz zamarzła w ciągu nocy.  Zamiast łopat i kilofów dostaliśmy siekiery i piły.  Praca była urozmaicona i czas mijał szybko.  Miejsca postoju zmienialiśmy co dwa lub trzy dni.  Tak nadeszło Boże Narodzenie - pierwsze w Kanadzie.  Napisałem do kuzyna, Józefa Świerczka, że przyjadę do niego, aby jakoś razem spędzić te uroczyste dnie.  Kuzyn odrabiał wtedy kontrakt na farmie w Ste Therese pod Montrealem.  Do Montrealu dojechałem pociągiem, a dalej autobusem.  Odnalazłem farmę, ale nie zastałem kuzyna, bo nie dostał on mojego listu i pojechał do Montrealu.  Farmer bardzo słabo mówił po angielsku, ale zdołałem zrozumieć, że kuzyn ma wrócić na wieczór.  Kiedy kuzyn Józek zjawił się, to była już późna noc, którą przespaliśmy na jednym łóżku.  Nazajutrz kuzyn szybko odrobił się z pracą koło 40 krów i 4 koni, abyśmy mogli pojechać do Montrealu, gdzie było dużo znajomych z obozów wysiedleńczych.  Przedtem jednak spożyliśmy obiad przy wspólnym stole z liczną rodziną farmera.  Widać ten zwyczaj wspólnych posiłków w Boże Narodzenie istnieje na całym świecie.  Dań było dużo i w dużych ilościach, ale ani baszczu, ani innych typowo polskich potraw, za którymi człowiek tęsknił, nie było.  Modlitwy przed i po jedzeniu odmówił farmer w języku francuskim.  Urządzenia sanitarne na tej farmie pozastawiały dużo do życzenia.  Gdy byłem jednak tam jeszcze raz w późniejszym okresie, to zastały one doprowadzone do porządku.

Po obiedzie pojechaliśmy z kuzynem autobusem do Montrealu na Opłatek do Domu Polskiego Towarzystwa Wzajemnej Pomocy.  Sala była wypełniona.  Dzielenie się Opłatkiem i składanie życzeń stwarzało nastrój radosny, którego tak bardzo brakowało nam w życiu codziennym.  Było kilka przemówień.  W imieniu naszej grupy emigracyjnej przemówił p. Józef Zacharczuk, mój dobry przyjaciel z obozu wysiedleńczego w Karlsruhe.  Podkreślił on wydatną pomoc okazaną przez starszą emigrację przybywającym teraz emigramtom w urządzaniu się, oraz podziękował za tę życzliwość.  Po skończonej uroczystości w Domu Polskim udaliśmy się do mieszkania pp. Zacharczuków, którzy wtedy mieszkali na ulicy Centre w domu p.p. Bodnarczuków.  Tam zastaliśmy innych znajomych, jak Stanisław Czerwonka, Zygmunt Strzelecki, Julian Munio i inni.  Po wypiciu czegoś ostrzejszego była podwójna ochota do śpiewu kolęd i ponownego dzielenia się Opłatkiem, oraz skaładania życzeń.  Ten wieczór spędzony w życzliwej atmosferze przeniósł nas myślami i duchem do stron ojczystych.  Przenocowaliśmy w gościnnym domu p.p. Bodnarczuków.  Następnego dnia była niedziela, 26 grudnia 1948 roku. Poszliśmy do kościoła Sw. Trójcy, gdzie polskie kolędy, polskie kazanie i polskie twarze naokolo sprawiały wrażenie, że jest się chyba nad Wisłą, a nie w Montrealu nad rzeką Sw. Wawrzyńca.  Po smacznym, prawdziwie polskim obiedzie u państwa Bodnarczuków musieliśmy rozjechać się:  Kuzyn na farmę do Ste Therese, a ja do "Extra Gang'u".

Praca przy ścinaniu drzew i krzaków wzdłuż torów kolejowych nie była ciężka, ale trzeba była być ciepło ubranym.  Gałęzie paliliśmy na miejscu, a większe pnie zabierali farmerzy, których pola graniczyły z torami.

Pod koniec marca 1949 roku wróciliśmy do naprawy torów, tyrn razem przeważnie w prowincji Quebec.  Praca była inna i bardziej interesująca, mianowicie wymiana szyń.  Dostarczono nam dużo maszyn, jak np. do wyciągania i wbijania gwoździ, do wykręcania i wkręcania śrub.  Stare szyny były usuwane przy pomocy elektrycznego dźwigu, a nowe układane dokładnie obok tych do wymiany.  Taką nową szynę przynosiło 16-20 ludzi przy pomocy specjalnych obcęgów i kładło ją na miejscu usuniętej starej.  Gdy nowa szyna była nieco za duża, to przez zgodne uderzenie wszystkich dźwigających w miejsce łączenia wydłużało się przestrzeń, a czasem szyna była za krótka i trzeba było przestrzeń skrócić.  Przy wymianie szyn najlepiej lubiłem dwie czynności: zakładanie uchwytu elektrycznego dźwigu w środku starej szyny w czasie ruchu, a druga - to łączenie nowych szyn przy pomocy śrub.

Łącznikiem między "Extra Gangiem" i miejsową ludnością byli przeważnie kucharze, którzy robili zakupy żywnościowe do naszej kuchni.  W taki to sposób, pracując w High Water, Que., poznaliśmy państwa Zamońskich, którzy zaprosili na swoją farmę wszystkich Polaków z "Extra Gang'u".  Rodzina państwa Zamońskich składała się z trojga dzieci: dwóch synów w wieku la2 20 i 13, oraz 11-letniej córki.  Najstarszy chłopiec pracował w fabryce jedwabiu, a co trzeci dzień na farmie, gdzie trzeba była nakarmić i odciągnąć mleko od 20 krów.  Dochód z mleka miał pokryć życie i spłaty długu za nabycie farmy.  Zbierało się nas u państwa Zamońskich około dziesięciu.  Byliśmy przyjmowani serdecznie i życzliwie prowadząc szczere rozmowy na temat trudnych początków w Kanadzie.  Odchodziliśmy podniesieni na duchu przykładem państwa Zamońskich, jak należy brać życie i jak zwalczać trudności.

Raz, kiedy w Prescott po pracy w upalny dzień poszliśmy się ochłodzić przy pomocy "7 up" w sklepiku obok komory celnej, gdyż tam przechodziła gramica z USA, przysiadł się do nas jakiś przyzwoicie ubrany pan w średnim wieku i zaczął wypytywać o naszą narodowość.  Kiedy usłyszał, że jesteśmy Polakami, to wspomniał o dzielnej obronie Westerplatte przez Polskie Wojsko w 1939 roku, oraz podkreślił z podziwem jak długo Polacy potrafili wytrzymać napór wojsk niemieckich w porównaniu z innymi krajami podbitymi przez Hitlera.  Był on profesorem kanadyjskiej szkoły średniej.

Przy innej okazji w Peterborough pracownik urzędu skarbowego wyraził opinię, że za 50 - 60 lat Kanada i USA będą jednym państwem, gdyż według niego wszystko za tym przemawia: język, budowniotwo, przemysł, które to rzeczy między innymi są identyczne w obu krajach.

19 czerwca 1949 roku zakończyłem swoją kontraktową pracę w "Extra Gang'u" CPR w m. Hudson, w prowincji Quebec, około 25 mil na południowy zachód od Montrealu.  Otrzymałem bilet kolejowy do miejsca, gdzie chciałem się osiedlić, czyli do Kitchener.