W NIEMCZECH PO WYZWOLENIU

Uwo1nieni i nakarmieni przez Amerykanów, zaczęliśmy się zastanawiać, co robić dalej? Gdzie iść? Było dużo pomysłów, ale nie zawsze realnych.  Wreszcie zostało nas sześciu, najbardziej zżytych z czasów niewoli i niedoli, teraz podzielających opinię, że najlepiej będzie odszukać jakieś większe skupisko polskie, bo wtedy będzie łatwiej uzyskać pomoc i opiekę jakiejś organizacji, a1bo też będzie łatwiej żądać od Niemców czegoś.  Tych sześciu, to: Staszek Kubala, Wiktor Łącki, Władek Buła, Tadek Brud, Bolek Medyński i autor.  Postanowiliśmy iść w kierunku Augsburga, czyli tam, skąd kilka dni temu wyszliśmy, gdyż była największe prawdopodobieństwo spotkania tam Polaków pracujących uprzednio na komandach, czy też tych wywiezionych na roboty.  Na drodze w kierunku frontu posuwały się niezliczone ilości czołgów i pojazdów zaopatrzenia.  Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się wiwatując na cześć żołnierzy alianckich i wołając: "Niech żyje Ameryka!"  Amerykanie rzucali nam papierosy, czekoladę, konserwy, suchary, a my wszystko to skrupulatnie gromadziliśmy.  Kiedy noc zapadła, byliśmy w okolicy miasteczka Schwab-Muenchen i postanawillśmy przespać się w jednym z budynków państwowego gospodarstwa niemieckiego.  Nie było nigdzie Niemców zarządzających, ale spotkaliśmy dwie dziewczyny, Polki, które przygotowały dla nas mleko, którego wypiliśmy ogromne ilości.  Siana w budynkach gospodarczych była też pod dostatkiem, więc naszą pierwszą noc na wolności spędziliśmy wygodnie i z pełnymi żołądkami.

Następnego dnia, 28 kwietnia rano, weszliśmy do miasteczka Schwab-Muenchen, gdzie budynek szkolny został już zajęty na kwaterę dla Polaków, przywiezionych w te okolice na przymusowe roboty.  Nasza szóstka znalazła pokój w prywatnym domu, w pobliżu szkoły.  Chociaż do spania dostaliśmy tylko materace na podłodze, to jednak mieliśmy więcej swobody i wygody, aniżeli na ogólnych salach szkolnych.  Amerykańska kuchnia wojskowa była w pobliżu, więc mogliśmy tam pobierać jedzenie w oznaczonym czasie.  Dostawaliśmy wszystko to samo, co Amerykanie, a często nawet staliśmy w tych samych kolejkach z żołnierzami amerykańskimi, którzy odnosili się do nas bardzo życzliwie.

Dla zapewnienia sobie miejsca do spania zostawiliśmy na straży naszej kwatery jednega z nas, i udaliśmy się na poszukiwania innych kolegów.  Przy jednym z budynków w miasteezku zobaczyliśmy, jak żołnierz amerykański wyrzuca duże bryły sera.  Zebrało się tam już parę osób i łapało te sery.  Dołączyliśmy i my do nich.  Każdy łapie tyle sera, ile tylko może rękoma objąć.  W pewnym momencie usiłuję trzymać koniec podłużnej bryły, którą mi ktoś gwałtownie wyrywa ciągnąć za drugi koniec.  Miałem już na języku parę ostrzejszych słów, ale popatrzywszy się na napastnika stwierdziłem, że jest to kolega z naszej szóstki.  Roześmiałem się tylko i ser puściłem, gdyż i tak wszystko szło do wpólnej ,puli.  Obładowani serem wracaliśmy na kwaterę, a tu widzimy sklep bezpański, a w nim marmelada.  Każdy złapał za miskę, napełnił ją tym przysmakiem, i usiadłszy na podmurówce płotu z apetytem skonsumował.  Do dzisiaj jeszcze nie chce mi się w głowie pomieścić, że nie pochorawaliśmy się wtedy!  Napełniwszy jeszcze miskę marmeladą dla naszego strażnika kwatery, przydźwigaliśmy nasze "zdobycze" do miejsca postoju.  A było co dźwigać, gdyż wielkość niektórych serów wynosiła około 40 em x 60 cm x 15 cm.  Takie bryły piłowaliśmy, jak drzewo, na mniejsze kawałki.  Ku naszemu przerażeniu zaczęło się jednak sprawdzać przysłowie, że "co za dużo, to nie zdrowo".  Jeden z naszych kolegów, nauczyciel z zawodu, zmarł wkrótce po objedzeniu się samym serem.  Dwóch Rosjan z Messerschmitt  Werke, Misza i  Pomasan, których spotkałem w Schwab-Muenchen, powiedzieli mi o znalezieniu po wyzwoleniu beczki ze spirytusem drzewnym; ci, którzy pili ten denaturat, albo umarli w straszliwych cierpieniach, albo oślepli, jak na przykład ten Pomasan, który ze mną rozmawiał, ale mnie nie widział.

W czasie wędrówek trafiłem przypadkowo do polskiego obozu pod miasteczkiem, w którym zatrzymaliśmy się.  Pożyczyłem stamtąd wzór naszego Orła i wymalowałem podobnego na dużej sali w budynku szkolnym, która służyła jako jadalnia i sala  do tańca.

Ze Schwab-Muenchen odjeżdżały transporty Francuzów, Jugosłowian, Belgów i Zydów, a nawet i Rosjan, którzy wracali do swej ojczyzny.  Polakami nikt się początkowo nie interesował.  Wiedzieliśmy, że nasze ziemie wschodnie zostały zabrane przez Rosję, że przez resztę ziem polskich przechodzą wojska rosyjskie.  Rozmawialiśmy o .tej sytuacji z Amerykanami, którzy też nie mogli zrozumieć takiej polityki.  Przeważnie przyjeżdżał jakiś oficer łącznościowy, który organizował powrót dla swoich ziomków.  A ci jechali śpiewając i wiwatując, szczęśliwi, że wreszcie wracają do swojego kraju i do swoich rodzin.  Francuzi, z którymi dość się zżyłem, namawiali, aby jechać z nimi do Francji.  W ostatniej chwili zabrakło mi odwagi na zrobienie takiego kroku.  Po odjeździe pierwszych transportów, Zarząd Gminy Schwab-Muenchen zaopatrzył nas w nowe ubrania, płaszcze, buty i bieliznę, bo wielu z nas jeszcze chodziło w pasiakach obozowych.  Oczywiście nie było to może ubranie, jakie by nam przypadało do gustu, ale było nowe, możliwe do noszenia, a najważniejsze - upodabniało nas do normalnych ludzi!  W niedługim też czasie UNRRA przejęła opiekę nad skupiskami uchodźców. Władze UNRR-y organizowały transport do Polski, który miał odjechać na początku sierpnia 1945 roku.  Z naszej paczki zgłosiłem się ,na powrót ja, Tadek Brud i Bolek Medyński.  Ubraliśmy biało-czerwonymi ohorągiewkami amerykańskie samochody ciężarowe, którymi mieliśmy jechać, a potem niemieckie drogi rozbrzmiewały polskimi pieśniami patriotycznymi.  Bez oficera łącznikowego dojechaliśmy do stacji kolejowej Augsburg.  Czekał tam pociąg złożony z wagonów towarowych, dość czystych, z pełnymi ścianami, podłogą i dachem.  Do jednego wagonu wsiadło nas 40.  Cały transport liczył 1500 ludzi, a byli to Polacy wywiezieni do Niemiec na pzrymusowe roboty i Polacy z obozów koncentracyjnych.  Komendantem był oficer amerykański, mający 15 żołnierzy do pomocy.  Dojechaliśmy do miejscowości Hof, przez którą przebiegała linia demarkacyjna.  Tam zatrzymano nasz transport.  Po pewnym czasie komendant transportu wyjaśnił przez tłumacza, że Rosjanie wyrazili zgodę na przepuszczenie transportu przez granicę, ale ...bez żołnierzy amerykańskich.  Ponieważ komendant otrzyrnał rozkaz doprowadzenia transportu do Polski i nie może teraz tego wykonać, więc kto chce jechać dalej, to może to zrobić na własną odpowiedzialność, a on zawraca cały transport do punktu wyjściowego.  Na 1500 repatriantów znalazło się zaledwie 50 czy 60 osób, które ryzykowały powrót do Polski w takich warunkach.

Nasza grupa nie wrociła jednak do Schwab-Muenchen; zawieźli nas bowiem do Augsburga i zakwaterowali w starych niemieckich koszarach "Hindenburg Kaserne".  Wyładowano nas na dziedzińcu koszarowym.  Każdy miał przy sobie jakieś tłumoczki, których zawartość stanowiły głównie żywność i ubranie.  Trzeba było zaraz zorganizować przynajmniej jakiś szkielet administracji i służby prządkowej.  Na komendanta obozu został wyznaczony jeszcze przed naszym przybyciem mjr. Czabański, pracownik UNRRA, i on to zorientował nas jacy funkcyjni są potrzebni, aby mógł zapanować w obozie ład.  Na kierownika abozu zgłosił się Adam Stańczyk, nauczyciel z zawodu, pracę kancelaryjną podjęli się wykonać dwaj bracia z Warszawy Stanisław i Władysław Lewiccy, magazynem odzieżowym miał opiekować się Ludwik Strojny, żywnościowym zaś autor.  Komendantem policji obozowej został Stefan Szublewski.  W izbach koszarowych były łóżka z siennikami, ale brak było kocy, prześcieradeł i poduszek.  Były też tak ważne rzeczy, jak prąd elektryczny i bieżąca woda.  Rezydenci obozu zostali rozlokowani tak, aby rodziny były razem, samotni mężczyźni osobno, tak samo samotnie niewiasty.  UNRRA dostarczała żywność, na którą składało się świeże mięso (dowożone przez Niemców), chleb, tłuszcze i inne dodatki pochodzenia amerykańskiego.  Niektórzy z nas prowadzili handel wymienny z Niemcami, a mianowicie za kawę, czekoladę, czy też jakieś artykuły odzieżowe mieliśmy świeże owoce i jarzyny.

W "Hindenburg Kaserne" odnalazł mnie mój kuzyn, Józef Świerczek.  Był on w Karlsruhe i poszukiwał mnie przez radio, co usłyszałem tylko częściowo będąc jeszcze w Schwab-Muenchen.  Póżniej pojechał do Dachau i tam go poinformowali, że ostatnio miałem być w Augsburgu.  Tak się więc spotkaliśmy.  Obiecałem mu zastanowić się nad ewentualnością dołączenia do niego w Karlsruhe.  Poza funkcją magazyniera żywn. byłem t.zw. sędzią obrońcą obozowym, czyli moim zadaniem było pomagać tym naszym ludziom, którzy podpadli z jakichś powodów u władz amerykańskich, czy też niemieckich.  Nie dawała mi ta funkcja zbyt wiele satysfakcji, gdyż ciężko było takich delikwentów obronić przed karą.  Pamiętam wypadek z niejakim L., byłym więźniem obozu koncentracyjnego, który z dwoma koleżkami poszedł na nocny rabunek; koledzy wrócili, ale L. został zabity przez Niemców.  Jeżeli policja niemiecka złapała w pociągu kogoś z naszych ludzi wiozącego świeże mięso, albo inne produkty, i uznała, że jest to przeznaczone na handel, to w zależności od humoru mogli wszystko zabrać i taką osobę puścić wolno, albo też zamknąć w więzieniu.

Na wiosnę 1946 roku nasz obóz "Wawel", gdyż tak przechrzciliśmy "Hindenburg Kaserne", został przeniesiony  do sąsiedniego bardzo podobnego obozu mieszczącego się w "Infantry Kaserne".  Koszary te były większe od tych, w których kwaterowaliśmy poprzednio.

W tym czasie niektóre kraje w świecie ofiarowały się przyjąć pewną kwotę wysiedleńców, więc z tych dużych koszar piechoty odchodziły transporty do Australii i Argentyny, no i do Polski.  Komendatem obozu z ramienia UNRRA był niejaki pan Suski, który wszelkimi sposobami agitował za naszym powrotem do Polski.  Przez specjalnie zainstalowane głośniki w jadalni obozowej i na korytarzach wygłaszali swoje odezwy, apele i inne mowy, których treść zawsze sprowadzała się do jednego: wracać do Polski.  Wielu z nas nie wytrzymywało nerwowo tej propagandy i ci zapisywali się na powrót.

W tym też czasie zostały zorganizowane kursy języków angielskiego i hiszpańskiego, które prowadzili Polacy władający biegle danym językiem.  Uczestnicy kursów otrzymywali miesięcznie 50 - 100 papierosów, a byli wojskowi dostawali żołd, którego wysokość zależała od stopnia.  Wydatki związane z tymi kursami były finansowane przez Rząd Rzeczypospolitej w Londynie.  Zorganizowano również naukę dla młodzieży w zakresie starszych klas szkoły podstawowej i niższych gimnazjalnych.  Nauczyciele praocowali z wielkim poświęceniem, gdyż i uczyli i prowadzili harcerstwo i jeszcze urządzali wycieczki do wartych zwiedzenia miejsc na terenie Niemiec.  Młodzież szkolna i harcerstwo urządzało wspólnie różne imprezy sceniczne.

W tym też obozie miał miejsce taki "kwiatuszek" pomysłowości naszych Rodaków, jak... sprzedaż pomnika, który stał na środku dziedzińca koszarawego.  Wykonany z brązu, przedstawiał dużego lwa leżącego na zdobycznych sztandarach.  Nasi spryciarze rozbili ten posąg na kawałki i sprzedali jako złom.  Wśród nich był również pan B., którego znałem osobiście.  Nie wiem, jak się zakończyła historia z tą transakcją handlową, gdyż stało się to po moim wyjeździe.  Obóz "Infantry Kaserne" został przeorganizowny na obóz  repatriacyjny, do którego przysyłano Palaków z okolicznych miejscowości w Bawarii, a następnie w większych transportach odsyłano do Polski.

Ja zaś pojechałem do kuzyna Józefa Swierczka, który był w podobnym obozie wysiedleńczym w Karlsruhe.  Były tam zupełnie nowe koszary w lesie sosnowym, więc zdrowsze powietrze i większy spokój.  Bloki mieszkalne były małe, jednopiętrowe, połączone wybrukowanymi dróżkami.  Wkrótce po przybyciu objąłem pracę w opiece społecznej.  Moja funkcja polegała na sporządzeniu listy wszystkich osób pracujących w obozie, a więc kucharzy, nauczycieli, wartowników, blokowych, urzędników kancelarii obozowej, a także i duszpasterzy, których mieliśmy trzech.  Wynagrodzeniem było dla nich od 2 do 4 paczek tygodniowo amerykańskich papierosów oprócz szkoły, harcerstwa i kółka amatorskiego, wychodził również w tym obozie tygodnik "Czarny Las", redagowany przez Witolda Lechtolda.  Tuż przy bramie głównej była kantyna, gdzie można było kupić niemieckie piwo, oraz świetlica, gdzie grano w karty czy w szachy.

Któregoś dnia wybrałem się z moim kolegą Mrożkiem, drukarzem z zawodu, do m. Kufsteim w Alpach niemieckich na granicy włoskiej.  Pojechaliśmy tam, gdyż dowiedzieliśmy się, że jest tam biuro oficera łącznikowego II Korpusu, więc wykombinowaliśmy sobie, że uda nam się dołączyć do któregoś transportu jadącego z Włoch do Anglii.  Po ośmiu godzinach jazdy pociągiem zgłosiłiśmy się u oficera łącznikowego.  Był nim gość w stopniu porucznika, podszedł do nas niezwykle ostrożnie.  Wyjaśniliśmy mu cel naszego przybycia, że wiedząc o przenoszeniu się II Korpusu z Włoch do Anglii, gdyż niektóre z transportów przejeżdżały przez Karlsruhe, skąd jesteśmy właśnie, chcielibyśmy dołączyć do II Korpusu.  Oficer łącznikowy wyjaśnił jed-nak, że gdybyśmy mieli krewnych w Anglii, to byłaby taka możliwość i on chętnie by nam dopomógł, ale w naszej sytuacji, niestety, nic uczynić nie może.  Mówi się trudno i wraca się tam, skąd się przyjechało, czyli do Karlsruhe.  W niewesołym nastroju wsiedliśmy z Mrożkiem do nocnego pociągu i jechaliśmy milcząco, zatopieni w myślach.  Mimo, iż był to już .rok 1946, pociągi nie zostały jeszcze zupełnie doprowadzone do porządku i na przykład, w nocy nie było w wagonach oświetlenia.  Dobrze po północy, wyciągnąłem kawałek obozowego chleba z serem i po skonsumowaniu go, chciałem opakowanie wyrzucić przez okno.  W ciemnościach namacałem rączke, zdawało mi się, od okna, i zacząłem ją ciągnąć w dót.  W jednej sekundzie zorientowałem się, że coś nie jest w porządku, więc natychmiast popchnąłem do góry.  W tym też momencie dało się słyszeć przeraźliwe syczenie i pociąg stanął.  Niemieccy konduktorzy chodzili po wszystkich wagonach i oglądali hamulce przy świetle latarek, ale niczego nie mogli znaleźć.  Ja zaś siedziałem jak mysz pod miotłą, zadowolony, że nie pociągnąłem tej rączki za mocno i nie zerwałem plomby założonej na sprężynce, oraz że było ciemno i nawet kolega Mrożek nie orientował się, że winowajcą jest autor.  W  końcu jakoś to syczenie ustało i ruszyliśmy w dalszą drogę.  Dopiero jadąc tramwajem z Kulsruhe do Czarnego Lasu, do obozu, przyznałem się koledze Mrożkowi do zatrzymania pociągu w taki to a taki sposób.

Próbowałem drugi, a raczej już trzeci z kolei dołaczyć się do II Korpusu.  Dowiedziałem się, że przez Karlsruhe ma znów przejechać transport żołnierzy w drodze z Włoch do Anglii, oraz że wśród oficerów będzie też mjr. Karol Firczyk, mój były dowódca w plutonie łączności 3 P.S.P. w Bielsku z Iat 30.  Jakoś odszukałem go w ciżbie naszego wojska, chociaż wyglądał bardzo zmieniony, a chyba i ja też nie wyglądałem idealnie po tych chyba siedmiu najgorszych latach mojego życia.  Poznał mnie jednak i ucieszył się ze spotkania.  Gdy usłyszał, w jakim celu składam mu wizytę w tak niespodziewanej sytuacji, wyjaśnił, że nie może nic pomóc, gdyż listy transportowe są sporządzone w kilku kopiach o wiele wcześniej przed odjazdem, a kopie są wysyłane do odpowiednich urzędów i instytucji.  Tak więc moje usiłowania zawiodły po raz trzeci. Wróciłem do Czarnego Lasu.

W obozie znów rozpoczęła się nagonka na powrót do Polski.  Kierownik obozu, pan Kotwic z Bielska Białej i kierowniczka opieki społecznej, pani Maria Pumska zachowali całkowitą neutralność uważając, że nie jesteśmy dziećmi, robimy, jak uważamy za rozsądne.  Odmiennego zdania był natomiast kierownik obozu z ramienia UNRRA, nie pamiętam nazwiska, który agitował za wysyłaniem nas do Polski i usiłował każdego wciągać na listy repatriacyjne.  Ludziom tak się to już sprzykrzyło, że któregoś dnia przyłapali tego pana, jak wchodził rano do obozu, wsadzili na taczki i wywieźli daleko poza rejon obozowy obrzucając go przy tym różnymi soczystymi wyzwiskami i plując.  Potem tłum skierował się do biur obozowych, aby zniszczyć wszelkie listy i kartoteki.  Pracownicy biur, między innymi i autor, tłumaczyli, że zniszczenie ewidencji nie tylko nie doprowadzi do ni-czego dobrego, ale może jeszeze sytuację pogorszyć.  Jakoś w pomrukach i wzruszeniu ramion awantura ta ucichła.  Trzeba jednak przyznać, że od tego czasu nikt już nie odważył się uprawiać propagandy za wyjazdem do Polski.  W kilka godzin po wywiezieniu na taczkach tego UNRR-owskiego kierownika obozu zajechały przed bramę czołgi amerykańskie, ale nie widząc w obozie nic podejrzanego zawróciły i odjechały.

Raz jednak amerykańska żandarmeria przyjechała, otoczyła obóz i przeprowadziła dokładną rewizję.  Było to w .tym czasie, kiedy wydano zakaz uboju bydła.  Jeżeli niemiecki gospodarz sprzedał sztukę bydła do obozu wysiedleńców i nie zgłosił tego w odpowiednim urzędzie, a został przy tym przyłapany, to karano obie strony.  Ludzie w obazach byli spragnieni świeżego mięsa, bo do kuchni obozowej dostarczano go mało i najgorszego gatunku.  Dlatego niektórzy z nas na własne ryzyko i odpowiedzialność kupowało żywca i po dokonaniu uboju rozsprzerdawali świeże mięso, na które zawsze byli chętni nabywcy.  W jakiś sposób amerykańska M.P. dowiedziała się, że w obozie jest wół do zabicia.  Bardzo dokładna rewizja nie dała wyniku i M.P. odjechała z kwitkiem.  Gdy sprawa trochę przycichła, wół znalazł się żywy.  Jeden z oficerów M.P., polskiego pochodzenia, w prywatnej rozmowie z obozowiczami poruszył tę sprawę, gdyż bardzo go intrygowało, jak wół mógł zostać ukryty.  Usłyszał wtedy, że żywe zwierzę ze związanymi nogami i opakowane w koce zostało wyniesione na poddasze, gdzie przeczekało rewizję.

W Karlsruhe uzyskałem prawo jazdy na wozy osobowe i ciężarowe.  Zgłosiłem się również na kurs speejalnych robót metalowych w Mannheim.  Miał on być prowadzony pod nadzorem UNRRA, ale jakoś nigdy nie został uruchomiony.  Na przedmieściu Karlsruhe, zwanym Durlach, była fabryka amunicji i stąd to pochodziły kule użyte do mordawania naszych jeńców w lesie Katynia w 1940 roku.  W rejonie Karlsruhe znajduje się też miejscowaść Pforsheim, gdzie przed wojną w każdym niemal domu wyrabiano piękne przedmioty ozdobne ze srebra i złota.  W czasie wojny produkowano oczywiście amunicję do rewolwerów i karabinów, aż do czasu nalotów alianckich.  Jeden naoczny świadek opowiadał, że takie dywanowe naloty tak długo się odbywały bez przerwy, dopóki z danej miejscowości nie zostało ani śladu.

Pracując w kancelarii obozowej zapoznałem się ze Zbyszkiem Nowickim, p.p. Czesławą i Józefem Zacharczukami, p.p. Jadzią i Stanisławem Czerwonką, Marianem Skanieckim, Juliuszem Munią i innymi.  W końcu i do nas doszło zarządzenie, że obóz ma być rozwiązany, a Polacy przewiezieni do innych obozów.  Celem tego rozwiązywania obozów i przenoszenia ludzi z miejsca na miejsce było wyczerpać ich nerwowo i załamać moralnie, i aby tak zmusić do powrotu do Polski.  Kuzyn został skierowany do obozu wysiedleńczego w Ludwigsburgu, a ja postanowiłem wrócić do Augsburga.  Tam propaganda za powrotem do kraju była bardzo silna.  Krążyły pogłoski, że pan Suski, kierownik obozu z ramienia UNRRA, otrzymuje specjalny dodatek od każdego człowieka, który z tego obozu wyjedzie do Polski.  Ostatecznie obóz z Infantry Kaserne - Augsburg został przeniesiony do Gablingen.  Pozostała tylko obsługa transportowa.

W Gablingen kierownikiem był p. Kapkowski.  Dostałem pracę w magazynie odzieżowym.  Z tego też obozu zacząłem robić starania o wyjazd do U.S.A. albo do Kanady.  Pierwsza możliwość wyjazdu nie została wykorzystana, gdyż na zapotrzebowanie na moulderów do aluminium p. Kapkowski odpisał, że takich w obozie nie ma.  Robiłem mu za to wymówki, gdyż dla mnie to nie było nic trudnego, a teraz za późno.  Cóż można było robić - czekać na następną możliwość.  Trafiła się ona, gdy przyjmowali do prac kopalnianych w Kanadzie.  Zgłosiłem się na czas, ale odrzuciła mnie komisja ze względu na moją wątłą według nich budowę.

Z chwilą zapisania się na wyjazd z Niemiec do jakiegokolwiek kraju przenosiło się do obozu emigracyjnego, który mieścił się w Monachium "Funk Kaserne".  Tam czekało się nieraz długie tygodnie na kolejkę stawania przed komisjami roboczymi, politycznymi, lekarskimi, i w końcu przed konsulem, o ile zostało się zakwalifikowanym przez każdą z poprzednich komisji.  Gdy mnie odrzucono z wyjazdu do kopalń kanadyjskich, zapisałem się do pracy na kanadyjskich Kolejach CPRJednocześnie za pośrednictwem znajomego z "Infantry Kazerne", który był sekretarzem p. Suskiego i znał bardzo dobrze język angielski, zapisałem się na wyjazd do USA sponsorowany przez organizacje kobiet katolickich.

W tym też czasie UNRRA przekazała swoje prace nowej instytucji I.R.OPrzebierano w ludzkim materiale pod względem przydatności do pracy, przeszłości politycznej, zdrowia, ogólnego wyglądu i t.p.  Komisja lekarska odrzuciła mojego znajomego, Władka S., gdyż w jego krwi znaleźli zarazki chorób wenerycznych.  Prosił mnie abym poszedł jeszcze raz do kontroli podając jego nazwisko.  Niestety musiałem odmówić jego prośbie ze względów zasadniczych.  Gdyby o to prosił przed stawieniem się na ko.misję, to co innego: wielu tak robiło, że najpierw szło do badania do lekarza prywatnego i w razie stwierdzenia czegoś, co mogłoby spowodować odrzucenie przez komisję IRO, prosili zdrowych kolegów o stawanie na komisje pod ich nazwiskami.  Jeśli jednak jednego dnia ktoś jest odrzucony z powodu zarazków we krwi, a na drugi dzień gość o tym samym nazwisku tych zarazków nie ma, to należy spodziewać się, że ktoś z komisji lekarskiej połapie się na tych machinacjach, a wtedy droga będzie zamknięta dla abu stron.

Moje badania nie trwały długo.  Pierwsza  osoba badała moją przydatność do pracy w Kanadzie przez obejrzenie moich rąk.  Musiało chyba być to wystarczające, gdyż o nic więcej nie byłem pytany i nikt nie zainteresował się moją przeszłością polityczną.  Obawiałem się komisji lekarskiej, gdyż prześwietlenie płuc wykazało częściowe zwapnienie, a serce też miałem powiększone.  Uznano jednak, że te obydwa moje organy są zdolne do funkcjonowania przy pracy w Kanadzie.  W końcu stanąłem przed .konsulem kanadyjskim.  Coś do mnie przemówił, czego nie zrozumiałem, i podał mi rękę.  Oznaczało to, że Kanada pnyjęła mnie.  Było to w styczniu 1948 roku.  Gdy wyszedłem z konsulatu kanadyjskiego, przypomniałem sobie słowa inż. Kubińskiego (z C.O.P-u) wypowiedziane w Oświęcimiu, kiedy zostałem wyznaczony na transport do Mauthausen: "Jaka szkoda, że wyjeżdżacie z terenów Palski".  Z Polski zastałem wywieziony, a teraz z Europy będę wyjeżdżał z własnej i nieprzymuszonej woli.  Taki to już los.

14 maja 1948 roku wyjechałem z Monachium do Ludwigsburga, gdzie też już jeden transport oczekiwał na odjazd do Kanady.  Była akurat niedziela.  Ksiądz wygłosił kazanie na temat bardzo aktualny, a mianowicie aby nie porzucać starych, wypróbowanych przyjaciół dla nowych.  Zaraz w poniedziałek odjechaliśany pociągiem do Dipholz, gdzie czekaliśmy na okręt przez 19 dni!  Zakwaterowano nas w niemieckich koszarach, gdzie mieliśmy do spania tylko puste łóżka bez sienników i kocy.  Kto jednak zwracał uwagę na takie drobnostki wobec perspektywy otwierającego się przed nami nowego życia na innym kontynencie, za oceanem.

5 czerwca 1948 roku, o godz. 8 rano wyjechaliśmy pociągiem z Dipholz do Bremenshafen, gdzie wsiedliśmy na amerykański statek "General Black", którym w czasie wojny transportowano żołnierzy amerykańskich.  O godzinie 16.30 odbiliśmy od wybrzeży niemieckich, od Europy.