EWAKUACJA UWOLNIENIE

W niedzielę, 22 kwietnia 1945 roku, dało się odczuć  w naszym obozie pewne zdenerwowanie, ale jakoś w ciągu dnia wszystko szło normalnyrn torem.  Dopiero wieczorem powstał chaos.  Koledzy z nocnej zmiany powinni byli pracować do następnego rana, a wrócili do obozu już o godz. 23 opowiadając o si1nych detonacjach, wybuchach artyleryjskich i inmych odgłosach świadczących o zbliżaniu się frontu.  Każdy z nas był mocno podenerwowany.  Przez głowy cisnęły się różne przypuszczenia i domysły, co może się stać z nami, jak zachowają się SS-mani.  Mało kto spał, chociaż pobudka była później niż zwykle.  Na rannym apelu zapowiedziano, że o godzinie 12 opuścimy nasze kwatery, więc musimy się sami zdecydować, czy stać .nas na przemarsz 30 km. dziennie, czy też jesteśmy zbyt słabi i mamy zgłosić się do odpowiedniej grupy.  Muszę uczciwie przyznać, że nikt nas nie zmuszał ani namawiał, do której grupy dołączyć.  Uważając, że w takiej przełomowej chwili może być bezpieczniej z dala od obozu i skupiska SS-manów, zgłosiłem się do grupy marszowej.  Wielu kolegów nie mogło powziąć szybko decyzji.  Przy sprawdzaniu list obu grup okazało się, że są prawie jednakowe ilościowo.  Kazano wszystkimi zabrać swoje rzeczy t.j. ręcznik miskę i koc.  Kiedy pozwolono nam rozejść się, powstało zamieszanie, bo wszyscy nazaz biegali we wszystkich kierunkach.  Władek Buła zdołał w ostatniej niemal chwili zorganizować 3 - 4 kg. ziemniaków z SS-mańskiej piwnicy.  Zawiązał je do jakiejś podszewki z poduszki i włożył do kotła, w kórym gotowała się bielizna.  Kiedy je wyciągnął już przed samym wymarszem, były zaledwie zaparzoone, ale podzieliliśmy się takimi, jakie były.  Na drogę otrzymaliśmy pół bochenka chleba, czyli około 700 gr., oraz 50 gr. margaryny.  SS-mani załadowali swoje walizki i plecaki na dwa średniej wielkości wozy, które miały być pchane przez 10 spośród nas, przy czyrn mieliśmy zmieniać się co jakiś czas.

W poniedziałek, 23 kwietnia 1945 roku, połowa komanda "Messerschmitt Werke", czyli około 750 więźniów przeszło bramę obozową idąc w nieznane.  Kierunek naszego marszu nie był zdecydowany.  Po przejściu 10 km na południowy zachód zaczęto nas prowadzić na południowy wschód.  Wozy z walizkami i plecakami naszych "panów" zostawały w tyle.  Kiedy na mnie przyszła kolej pchania, mijał nas oddział Wermachtu w sile około 50 ludzi, przeważnie starszych już wiekiem.  Jeden z nich rzucił na nasz wóz bochenek chleba, co zostało przyjęte z wielkim zadowoleniem.  W rezultacie podziału każdy z nas, z obsługi pchania wozu, otrzymał cienką kromeczkę, ale i to cieszyło.  Na noc zatrzymano nas w ogromnej stodole, gdzie przespaliśmy się na sianie i słomie.  W ciągu czterech dni marszu ewakuacyjnego kucharze zdołali ugotować w nocy zupę z kaszy na końskim mięsie.  Pochodziło ono z koni zabitych odłamkami bomb i nie było go dużo, ale zawsze trochę nas wzmocniło.  W czasie marszu szliśmy przez lasy i wsie; na noc jednak zawsze znalazła się jakaś stodoła.  Tak też było i w ostatnią noc ewakuacyjną.

Noc z 26 kwietnia na 27 spędziliśmy w stodole wypełnionej sianem.  Stała ona przy drodze, którą przez całą noc uciekała w popłochu armia hitlerowska przed nacierającą w szybkim tempie III Armią Amerykańską.  Widziało się tabory ciągnięte przez konie, tabory motorowe, czołgi, ludzi, a słyszało się niesamowity zgiełk, warkot i hałas.

Rano w dniu 27 kwietnia opowiadałem Tadzikowi Bau:dawi, Staszkowi Kubali, Władkowi Buli i Piwnickiemu swój piękny sen.  Śniło mi się mianowicie, że budowałem linię telefoniczną na tyczkę z rososzką nabrałem trzy piękne jabłka, a to dla mnie oznacza coś dobrego.  Usiłowałem ich przekonać, że będziemy mieli piękny dzień, więc powinniśmy starannie zrobić poranną toaletę, oczyścić ubranie i mieć zrolowane koce, czyli powinniśmy być gotowi do przywitania wolności.  Bez kawy i bez mycia się wymaszerowaliśmy z m. Krumbach leżącego około 40 km na południowy zachód od Augsburga.  Szliśmy pośród odkrytych pagórkowatych pól, na których rozpoczęto już wiosenną uprawę.  Po mniej więcej 2 km. marszu doszliśmy do łagodnie opadającej doliny, na której dnie płynął mały potoczek, a za nim widać było płaskowzgórze porośnięte z rzadka drzewami liściastyrni.  Tam też zatrzymaliśmy się.  Mogliśmy leżąc na trawie wsłuchiwać się w preludia nadchodzącej wolności brzmiącej w warkocie samolotów alianckich, w wybuchach pojedyńczych strzałów armatnich, a nawet w dość bliskich grzechotach automatycznych pistoletów.  Otrzymaliśmy jeszcze po 1 / 3 bochenka chleba i po 20 gr. dodatku tłuszczowega.  A potem SS-manów już było mało, tylko porzucone przez nich mundury leżały po krzakach.  Mogliśmy swobodnie podchodzić do strumyka, myć się i nareszcie doprawadzić do porządku nasz wygląd.

Między godziną 15 a 16 umyci, ogoleni, oczyszczeni i odświeżeni posiadaliśmy na kocach i podgryzając resztki porcji chleba dyskutowaliśmy na temat przyszłości.  Wtem ktoś krzyknął "Amerykanie!".  Poderwaliśmy się na równe nogi i pobiegliśmy w tym kierunku, z którego przyszliśmy.  Po drugiej stronie potoczku, na małym wzniesieniu stał amerykański czołg wraz z obsługą i dawał świadectwo prawdzie, że zostaliśzny uwolnieni, że do kacetu nie wrócimy.

Kto wyzwolenia nie przeżył osobiście, ten nie pojmie, jak reaguje człowiek, który nagle odzyskał wolność.  Śmiech i łzy mieszały się w tej trudnej do ujęcia w słowa chwili radości.  Całowaliśmy się wzajemnie, całowaliśmy żołnierzy amerykańskich, ich czołg i uzbrojenie.  Większość z nas na klęczkach dziękowała Bogu Wszechmogącemu za łaskę doczekania tej chwili powrotu do świata.

Żołnierz amerykański z czołgu pokazał nam na migi, abyśmy dwójkami maszerowali do tyłu, gdzie znajdziemy zaopatrzenie żywnościowe.  Dość szybko wróciliśmy do tej miejscowości, z której rano wyszliśmy.  Najpierw zobaczyliśmy około 20 SS-manów stojących w szeregu, bez broni, i z rękami podniesionymi do góry.  Widocznie reszta z ilości prawie 30 uciekła w przebraniu, więc stąd te mundury po krzakach.  Potem stały amerykańskie czołgi i samochody, z których żołnierze Wuja Sama wydawali biały chleb, suchary i puszki z żywnością.  Usiedliśmy w pobliżu tych pojazdów aby żadne wydawanie żywności nas nie ominęło i zaczęliśmy ucztę, chyba najpiękniejszą w życiu każdego z nas.  Mogliśmy zaspokoić głód do takiego uczucia, o jakim marzyło się przez całych 5 lat.

W grupie 750 ludzi, która wyszła kilka dni temu z obazu koncentracyjnego było nas Polaków ok. 50.  Inni to Rosjanie, Jugosłowianie, Czesi, Belgowie, Francuzi.  Porozchodzili się w różnych kierunkach. żołnierze amerykańscy kierowali nas w dalszym ciągu do tyłów, gdyż działania wojenne trwały nadal.