ODKOMIENDEROWANIA Z DACHAU:

HAUSTETTEN - 2 marca 1943 do 13 kwietnia 1944;

GABLINGEN - 14 kwietnia do 27 kwietnia 1944;

PFERSE - 28 kwietnia 1944 do 23 kwietnia 1945.

 

Byliśmy pierwszą grupą odkomenderowaną do "MesserschmittWerke" w Augsburgu. W ciągu następnych 10 dni przywożono dalsze transporty tak że ilość więźniów pracujących u Messerschmitta wzrosła do 1500.  Pozostawiono nam te same numery więzienne, więc Dachau był nadał naszym obozom macierzystym.  Zakwaterowano nas w pięciu nowych barakach mieszkalnych skonstruowanych i dostarczonych gotowych już ścian, dachu, przegród i podłogi.  W każdym baraku mieszkało 300 więźniów, w dwóch izbach wyposażonych w 3-piętrowe prycze, stoły z kilkoma taboretami, i w okrągłe żelazne piece.  Każdy z nas mial siennik i koc.  Pracowaliśmy na dwie 12-godzinne zmiany.  Nocna zmiana zaczynała się w niedzielę wieczorem.  Wtedy wychodziliśmy z Haustetten o godz 17 i szliśmy około 3 km. do fabryki strzeżeni przez SS-manów uzbrojonych w gotowe do użycia "rozpylacze".  Większość z nas chodziła w "drewniakach", które były znośne do pracy na betonowych posadzkach, ale utrudniały marsz po miejskim bruku.  Pracowaliśmy 6 dni w tygodniu.  Wolna była niedziela, która służyła do porządkowania izb mieszkalnych, szorowania podłóg, strzyżenia włosów z zachowaniem przepisowej ścieżki" od czoła do karku, na szerokość ostrza maszynki fryzjerskiej.  W niedzielę również odbywał się "lausenappell" czyli odwszawianie, które polegało na dokładnym przeszukiwaniu bielizny i ubrań.

 

Pamietam Boże Narodzenie 1943 roku, spędzone w Haustetten.  Kazek Bondkowski z Warszawy ul. Koszykowa, Romek Guzik z Bielska i ja urządziliśmy sobie składkową wieczerzę wigilijną.  Ponieważ w tym okresie dostaliśmy paczki od naszych rodzin, więc łatwiej nam było coś wykombinować.  Ja przygotowałem kluski z marmeladą używajac czarnej mąki, którą wiadomym tylko sobie sposobem przemieniła się w moich rękach na ciasto przypominające glinęOd dziecka lubiłem robione przez mamę kluski ze śliwkami.  Ja użyłem do nadziania marmeladę.  Kazek Bendkowski dał ciasto, czarny chleb i wędlinę, produkty te dostał w paczce od rodziny.  Taboret służył nam za stól wigilijny, wokół którego usiedliśmy na podłodze.  Z braku Opłatka dzieliliśmy się chlebem z Polski, życząc sobie, abyśmy doczekali następnej Wigilii i spędzili ją wśrod swoich w wolnej PoIsce.  Po spożyciu potraw wigilijnych zebraliśmy się koło glównego stołu, gdzie na środku stała maleńka przemyślnie zdobyta choineczka, a jeszcze przemyślniej przyozdobiona.  Zaczęliśmy śpiewać kolędy od "Wśrod nocnej ciszy".  Jakoś pierwsze wyrazy brzmialy bardzo wyraźnie, ale przy nastepnych wszelkie dźwięki z melodią włącznie zaczynały zanikać, bo każdego z nas zaczynało coś dusić za gardlo, a łzy płynęly po wychudlych policzkach i tym słabszym, i tym wytrzymalszym.  Pod wpływem takiego wigilijnego nastroju napisałem list do matki i sióstr, że lepiej było zginąć na froncie w 1939 r., aniżeli przechodzić wszystkie obecne upokorzenia.  Matka dostała ten list, ale w prawie każdym zdaniu cenzura obozowa w Dachau coś wycięła.  SS-man doręczył go matce z ostrzeżeniem, że jeśli będę pisał dalej takie listy, to matka pójdzie do obozu koncentracyjnego, o czym ma ona mnie powiadomić.

W Hausstetten był wśrod nas, w tej samej izbie co ja, rosyjski oficer lotnictwa.  W wolnej chwili spytałem go, dlaczego Rosjanie popełnili tak straszną zbrodnie nad polskimi oficerami w lesie katyńskim i w innych do dzisiaj nieznanych miejscach, o czym dowiedzieliśmy się z niemieckich gazet dostarczanych nam przez niemieckich robotników cywiInych.  Sowiecki pilot wzruszył tylko ramionami i rzekł, że Rosjanie czynia to samo ze swoją ludnością, o czym zagranica nigdy się nie dowie.

 

Kapowie mieli swoje prycze wśrod nas, na wspólnej bali.  Byli to przeważnie Niemcy z czerwonymi trójkątami, czyli do obozów dostali się jako wrogowie hitlerowskiego ustroju.  Był też wśrod nich kapo, Wacek pochodzenia czeskiego.  Jeden Niemiec miał zielony trójkąt i pełnił funkcję "lagereltestera".  Był on znany pod przezwiskiem ,,Czekolada".  W obecności SS-manów krzyczał i udawał, że bije nas, ale w gruncie rzeczy nigdy nikomu nie chcial wyrządzić krzywdy.  Pamiętam nazwiska tych kapów: Benz, Bauman, Bischoff, Erwin i Borman.  Byli oni z nami do końca w Dachau Komando Messerschmittwerke - Augsburg.

13 kwietnia 1944 roku przeżyliśmy pierwszy nalot aliancki na Augsburg.  Na dźwięk syreny alarmowej w fabryce "Messersebmitta" schroniliśmy się wszyscy do rowów przeciwlotniczych w pobliskim lesie, ale na fabrykę nie spadła ani jedna bomba.  Kiedy po skończonej pracy wróciliśmy do Haustetten, to oczom naszym ukazał się radosny widok naszych baraków, zupełnie zrównanych z ziemią.  Uratowal się tylko barak rewirowy.  Podziwialiśmy precyzyjność bombardowania.  Cieszyliśmy się mimo, że wraz z barakami padły również ofiarą nasze paczki żywnościowe.  Zginęło wtedy 3 ludzi.  Zostaliśmy pod gołym niebem pilnowani przez gęsto rozstawione posterunki.  Otrzymaliśmy wieczorem chleb i kawę, z tego uratowanego jakoś zapasu.  Potem poprowadzono nas okrężną, drogą omijając Augsburg, na otwarte pole w pobliżu Gablingen, gdzie nasi "opiekunowie" orzekli, że tam mamy spędzić noc.  W małych grupkach usiłowaliśmy jakoś przygotować legowiska.  Ja z Tadkiem Brudem i Władkiem BuIą zrobiliśmy pościółkę z drobnych galęzi i suchej trawy.  Ponieważ noc było, pogodna, więc przespaliśmy (wlaściwie drzemaliśmy) te kilka godzin na suchym "posłaniu".  Przypomnial mi się wtedy pobyt na letnim obozie w Białce pod Nowym Targiem w czasie,służby wojskowej w 3 P.S.P.  Jednak ten półsen nie był wypoczynkiem tej nocy, za dużo mieliśmy przeżyć w ciągu dnia, zbyt wielki ruch trwał naokoło nas, a w dodatku jak można było spać, gdy alianci bombardowali Augsburg!

Nalot na miasto i fabrykę Messerschmitta trwał ponad dwie godziny.  Radowały nasze serca eskadry za eskadrami pozbywające się ładunków bomb, i ten jeden wielki płomień unoszący się wysoko nad miastem.  Przeżywaliśmy to wszystko z zadowoleniem jako karę Bożą spadającą na zasługujących na to zbrodniarzy i jako zapowiedź rychlejszego końca.  Każdemu alianckiemu lotnikowi życzyliśmy szcześliwego powrotu do bazy.  Podziwialiśmy dobry wywiad aliantów i zgranie w czasie  bombardowań.  Baraki w Haustetten zostaly zrównane z ziemią, gdy było w nich zaledwie kilku ludzi w ciągu dnia, a "Messerschmitt Werke" obrywał w nocy i to wtedy, kiedy naszej nocnej zmiany tam nie było.  Gdyby te bombardowania nic były tak dobrze zaplanowane i rozpracowane, to zginęłoby bardzo dużo niewinnych ludzi.

Kiedy rano nadszedł czas pójścia do pracy, to bez mycia i bez śniadania zaprowadzono nas na stację kolejową Gablingen, załadowano do wagonów bydlęcych po 60 do jednego i zawieziono do fabryki Messerschmitta.  Tam po sprawdzeniu rozeszliśmy się komandami do swoich oddziałów.  Wtedy naocznie mogliśmy zobaczyć zniszczone bombami urządzenia maszynowe.  Zarząd fabryczny, w przewidywaniu dalszych nalotów, kazał każdą większą maszynę i składy mniejszych obmurować murem grubym na pól metra.  W końcu 1944 roku zaczęto budować hale maszyn w okolicznych lasach Augsburga, przy czym nie wycinano drzew, a puszczono je przez otwory w dachach.  Była to dobra myśl maskowania fabryki, ale wprowadzona w życie zbyt późno.

W tym dniu, gdy ukończyliśmy pracę, zawieziono nas pociągiem do nowego obozu w miejscowości Gablingen.  Zakwaterowano nas w barakach zajmowanych poprzednio przez robotników cywilnych.  Okazało się, od razu, że to pomieszczenie jest zbyt małe. Były wprawdzie prycze i dach nad glową, ale nie było żadnego przejścia.  Z miskami do zupy,ręcznikami, czy butami musieliśmy po prostu pływać po łóżkach.  Jednego wieczoru, po powrocie z pracy, zobaczyliśmy na placu jakieś rusztowanie, które z bliska okazało się szubienicą z pięcioma pętlami zwisającymi szyderczo w oczekiwaniu na skazańców.  Nie pozwolono nam wejść do baraków, tylko ustawiono w czworobok naokoło szubienicy.  Ze zgrozą patrzyliśmy, jak SS-mani przyprowadzili pięciu naszych współtowarzyszy więziennych  Z rękami związanymi do tyłu i ustawili ich pod pętlami.  Sami potem stanęli z boku i kazali blokowym zarzucać ofiarom pętle na szyje i usuwać taborety.  Został w ten sposób pozbawiony życia jeden Ślązak o nazwisku Hajda, jeden Niemiec, jeden Jugoslowianin i dwóch Rosjan.  Każdy z nich szedł naprzeciw swej śmierci odważnie bez niczyjej pomocy.  Czy zdawali sobie sprawę z tego, że los ich zostal już przesądzony?  Czy może łudzili się, że to tylko robione jest na postrach?  Trudno było to wszystko, zrozumieć, więc glośno wołaliśmy do nich, każdy w swoim ojczystym jezyku, słowa pożegnania, a po cichu zadawaliśmy sobie pytanie, za co?  Dlaczego? Jakiegoż to przestępstwa mogli się dopuścić ci biedacy?  Okazało się, że otrzymali aż wyrok śmierci przez powieszenie za... posiadanie w kieszeni kawalka chleba podczas rewizji przy bramie wejściowej do obozu Haustetten.  Mieli oni przydział do komanda usuwania gruzow po bombardowaniu w Augsburgu.  Mogli ten chleb znaleźć w gruzach jakiegoś domu, mogli go dostać od jakiegos cywila w mieście, może nic mieli czasu zjeść go zaraz, może chcieli zanieść do obozu i podzielić się z kolegą-przyjacielem, i za to musieli zaplacić życiem.

27 kwietnia 1944 roku przy powrocie z pracy z przyjemnościa zobaczyliśmy, że nasze baraki zniknęły z powierzchni ziemi, jakby je kto zmiótł.  Pozostał tylko magazyn przykuchenny, gdzie były przechowywane paczki żywnościowe od naszych rodzin.  Była tam też m. innymi i przesyłka dla mnie.  Zażądałem wydania mi tej paczki, ostatniej jaką dostałem w obozie od rodziny, i podzieliłem się jej zawartością z Władkiem Bułą i Tadkiem Brudem.  W tym samym dniu przewieziono nas do koszar zmotoryzowanej piechoty w Pferse, na przedmieściu Augsburga polożonym z przeciwnej strony Haustetten.

Zakwaterowano nas na dużej hali zastawionej rzędami 3-piętrowych prycz, a oświetlonej tylko w części, gdzie blokowi mieli pomieszczenie na chleb i dodałtki tluszczowe.  Trzeba było być bardzo ostrożnym w czasie pobierania chleba, a raczej wracając z pobrana porcją.  W ciasnych i ciemnych przejściach grasowali Rosjanie, którzy po wyrwaniu chleba z czyjejś ręki znikali szybko, między łóżkami.  Pierwszy raz zdarzyło mi się dopiero w Pferse, że spod mojej głowy ukradziono mi pół porcji chleba zostawionej na ranny posifek.

W Pferse zaczęliśmy otrzymywać paczki z Polskiego Czerwonego Krzyża, w których była czekolada, pierniki, sucharki, papierosy i konserwy mięsne.  Szczęśliwy odbiorca takich smakolyków robił zaraz przyjęcia dla bliższych kolegów.  Był jednak przez taką paczkę i przykry wypadek.  Mianowicie jeden z Polaków po powrocie z nocnej zmiany otrzymał paczkę, a następnie rozłożył swoje "skarby" na najwyższej pryczy.  Rosjanin zauważył to i rzucił się na Polaka, aby mu wyrwać część skarbu.  Polak zaś w celach samoobrony poranił napastnika kieszonkowym nożem.  Po tym zajściu gdy dzienna zmiana wróciła z pracy, została zatrzymana na placu apelowym i dokladnie zrewidowana.  Odebrano nam wszystkie noże, scyzoryki i chusteczki.  Później już systematycznie szukano za ostrymi narzędziami, aby zapobiec tego rodzaju wypadkom.

Innym razem znów pracowalem na nocnej zmianie; normalnie spaliśmy po powrocie z pracy aż do godz. 12-13 kiedy wydawano zupę obiadową, ale w tym dniu zdążyliśmy ledwo oczy przymknać, jak SS-man z wrzaskiem wpadł do baraku i każdego wyganiał z łóżka długim kijem.  Całą naszą nocną zmianę w ilość około 200 ludzi stłoczono przed frontem szubienicy, do której SS-mani przyprowadzili dwóch Rosjan w kajdankach.  Oficerowie SS z Lagerfuehrerem na czele, stali z boku i obserwowali całe to widowisko.  Rosjanie szli odważnie i raczej wyzywająco.  Kiedy kazano im stanąć na taborecie pod pętlą i zbliżał się do nich kat - więzień specjalnie sprowadzony z Dachau na tę okazję, zaczęli pluć na SS-manów i krzyczeli po rosyjsku, że za każdego jednego, Rosjanina Stalin zabije 10 Niemców.  Trzeba przyznać, że pluli silnie i celnie. Lagerfuehrer wyciągnał rewolwer i krzyczał, aby pośpieszono się z egzekucją.  Po jakimś czasie dopiero dowiedzieliśmy się, że powieszono ich za próbę ucieczki.

Zaklady Messerschmitt'a w Augsburgu skladały się z oddziałów 4a, 4az, oraz końcowego, montażowego, z którego wychodziły samoloty gotowe do lotu.  Oddziały 4a i 4az miały wspólną bramę wejściową i sąsiadujące ze sobą osobne hale maszynowe.  Na oddziale 4az wycinano z duraluminium lub też z blachy stalowej różne części do samolotów wedlug specyfikacji.  Ja pracowałem na oddziale 4a, gdzie te cześci po wycięciu przysyłano, aby je nagrzać do temperatury 200 st. C w specjalnych płynach, a nastepnie bardzo raptownie oziębić.  Przygotowany w taki sposób materiał nabierał wlaściwości plastycznych, ale tylko na pół godziny, i można było nadawać mu taki kształt, jaki był potrzebny.  Niektóre cześci były calkowicie wykonane ręcznie, ale w większości wykonywano to prasą maszynową i tylko ręcznie wykańczano.  Każdemu z nas przydzielono do pracy część stołu z imadłem i szufladę z narzędziami.  Do wykańczania części z duraluminium mieliśmy takie drewniane kliny i młoty z bardzo twardej gumy. Duże części kadłubowe były wyklepywane na odpowiednich formach długimi gumowymi pasami.

Na każdych 30 - 40 więźniów przypadał jeden cywilny robotnik. niemiecki, który nadzorował pracę i przydzielał robotę.  Nie wszyscy znali się na rysunkach technicznych, a Niemcy mówili tylko swoim językiem.  Często zwracano się do mnie, abym wytłumaczył innym więźniom jakieś szezegóły pracy.  Miałem język niemiecki opanowany już okolo 40% i wszelkie techniczne wyrażenia rozumiałem nieźle.  Rosjanom, Czechom i Jugosłowianom tlumaczylem wolno używając prostych polskich wyrażeń, więc mogli rozumieć.  Gorzej było, gdy miałem coś tłumaczyć Belgom, Holendrom czy Francuzom.  Języka francuskiego nigdy się nie uczyłem, zaledwie złapalem kilka wyrazów przebywajac z więźniami z Francji w Mauthausen.  Ponieważ jednak potrzeba. jest matką wynalazków, więc i u Messerschmitta radziłem sobie przy tłumaczeniu tym zachodnim Europejczykom przez użycie prostych wyrazów niemieckich, francuskich, czy na migi.  Kierownikiem naszego oddziału był inż. Karl Moessinger, czlowiek inteligentny, nie okazujący swojej wyższości, a raczej wyczuwało sie u niego współczucie dla naszego losu.  Naszym majstrem był Walter Loss, który obchodził się z nami dość po ludzku, cierpliwie pouczał, jak wykonać daną robo.tę, a często też przynosił bochenek chleba do podzialu.  Cywilni robotnicy niemieccy w ciągu tygodnia mieszkali w barakach przy fabryce i tylko na niedzielę jechali do domów.  Jeden z nich o nazwisku Obermayer z Obersdorfu wracal w poniedziałki z takimi smakołykami, jak kanapki z wędliną, ciastem i owocami.  Dzielił to między kilku z nas.  Nie mógl się pogodzić ze sposobem traktowania nas przez kapów i SS-manów.  Ponieważ nie wolno mu było z nami rozmawiać na widoku publicznym, ani tym bardziej częstować nas jedzeniem, więc odbywało się to w piwnicy, dokąd schodziliśmy po material do dalszej pracy.  Na takiej jednej sesji z panem Obermayerem złapał nas inny cywilny robotnik niemiecki i widząc, że czytamy "Augsburgerzeitung", groził złożeniem meldunku na naszą grupę, ale jakoś widać sumienie nie pozwoliło mu na ten czyn.  Alojzy Hsanker też w poniedziałek dzielił się z nami chlebem z margaryną, bo na tyle tylko było go stać.  Jeden z sześciu cywilnych formanów niemieckich, nie pamiętam nazwiska, był bardzo wymagający i krzyczał na nas o byle drobnostkę.  Oberforman Kullman z dzialu tłoczenia częsci stalowych też nie pozostawił dobrej opinii po sobie za krzyki, poganianie i przymuszanie do pracy, oraz słanie meldunków na więźniów do obozu.

W pierwszej połowie 1944 roku inż. Karl Wessinger podszedł do mnie i powiedzial mi w sekrecie, że z Messerschmitt Werke poszła prośba o zwolnienie mnie i jeszcze jednego Polaka z obozu koncentracyjnego z zastrzeżeniem, że będziemy nadal pracować w tym samym zakładzie jako robotnicy cywilni.  Ucieszyłem się z tego bardzo i podziękowałem za dobre chęci.  Kiedy zostałem sam, zacząłem się zastanawiać, jak powinienem dalej postępować w pracy; czy więcej się przykładać, czy mniej, aby zaoszczędzić siły, czy wreszcie nie zmieniać swojego zachowania.  Zdecydowałem, że to ostatnie będzie najlepsze.  Po jakimś czasie dowiedziałem się od Obermayera, że odbyło się głosowanie wśród oberformanów i formanów niemieckich, czy mnie i tego drugiego Polaka, nie pamietam jego nazwiska, należy zwolnić z kacetu.  Jeclen tylko glos był przeciwny temu za to, że ja za dużo wokół Polaków przewodzę i pouczam ich, jak zachować się aby obóz przeżyć i jak unikać kar.  Po tych wiadomościach nie pozostalo mi nic innego robić, jak cierpliwie czekać.  Zauważylem jednak, że inżynier Moessinger jakby mnie omijal.  Gdy spotkałem go w Augsburgu już po wyzwoleniu nas przez III Armię Amerykańską, zapytałem go, jaka była przyczyna zatrzymania mnie w kacecie pomimo, że powiadomił mnie, że będę zwolniony.  Dowiedziakem się wtedy, że Główna Komenda Gestapo w Berlinie wydała zakaz zwalniania z obozów Polaków i Rosjan.  Inż. Moessinger nie chciał mi robić przykrości, więc wolał zataić sprawę.

Pracując u Messerschmitta mieliśmy możność zarobić sobie dodatkową żywność przez wyrabianie cygamiczek, pudełek na tytoń, walizeczek, czy kasetek z metali używanych do wyrobu samolotów.  Swoim pomysłem i przemysłem zrobiliśmy specjalną matrycę do wygniatania połówek pudełek.  Po wmontcvwaniu delikatnymi nitami maleńkich zawiasów i wyczyszczeniu pudełko było gotowe.  Jeszcze dzisiaj zachowałem sobie jedno takie na pamiątkę.  Produkcja na własny użytek mogła być podejmowana tylko na nocnej zmianie, kiedy było mniej niemieckich robotników przy nas, a zmęczeni SS-mani woleli drzemać, aniżeli pilnować, co obrrabiamy w imadle.  Raz postanowiłem zrobić zamówione pudełko na tytoń dla starszego już wiekiem komandofuehrera.  Pracowałem nad nim prawie przez całą noc i cieszyłem się, że bedzie dodatkowy kawałek chleba.  Pod koniec zmiany wręczyłem to pudelko komandofuehrerowi, który tylko podziękował i to wszystko.  Rozczarowany i zły na samego siebie wróciłem do imadła, aby swój zawód wyldować na innym kawałku metalu.  Akutrat była to noc z piątku na sobotę, kiedy nasze komando prowadzili zaraz po pracy do kąpieli pod prysznicem w baraku robotniczym.  Poniewai taka kąpiel trwała bardzo długo, pozwolono nam odpoczywać na trawie.  Razem z Tadkiem Brudem i Władkiem Bułą zażywaliśmy kąpieli slonecznej, w oczekiwaniu na wodę, gdy ktoś zaczął wywoływać moje nazwisko.  Koledzy wołali, że mam biegiem lecieć do komandofuehrera.  Kiedy zdyszany, z czapką w dłoni, stanąłem przed nim na baczność, podał mi caluteńki bochenek chleba.  Oczom nie wierzylem, ale dotyk potwierdził, że wzrok nie myli.  Podziękowałem Niemcowi, jak umiałem, i rozradowany wróciłem do kolegów, między którvch zaraz ten chleb rozdzieliłem.

 

W jakiś czas później w ciągu pracy przyszedł do mnie były lotnik niemiecki, którego w 1944 roku przenieśli z Luftwaffe do SS, i prosił, aby zrobić mu walizeczkę z połówek skrzynek amunicyjnych do samolotów.  Ponieważ byłaby to dość spora. rzecz o wymiarach około 20 cm x 40 cm x 20 cm, więc zgodziłem się. na jej wykonanie pod warunkiem, że będzie o tej robocie powiadomiony oberforman Loos.  Pracowałem nad tą walizeczką prawie 10 godzin, ale udała mi się bardzo ładnie i elegancko wyglądała.  SS-man był z niej bardzo zadowolony i odbierając ją kazal zostawiać mi moją szufladę otwartą w przerwie obiadowej.  Chyba przez miesiąc znajdowałem w niej codzienie 4 - 6 bulek.  Później zrobiłem mu jeszcze jedną podobną walizeczkę, ale gdy pracowałem nad nią to inż. Karl Wessinger powiedział mi, abym tylko wykończył tę robotę i więcej takich rzeczy nie robił.

W gronie komand,fuehrerów był jeden stosunkowo młody, bo może mający 25 - 30 lat, który dał się poznać jako sadysta.  Kiedy on nas pilnował, to obiady musieliśmy jeść w przysiadzie i przez cała, przerwę obiadową nie wolno nam się było rozprostować, nawet po wodę do mycia misek musieliśmy biegać na kucki.  Pan Bóg jednak ukarał zlośliwca, gdyż spalił się w czasie pożaru spowodowanego przez siebie samego, gdy zajęło się łóżko od papierosa palonego w "pijanym stanie".  Spłonęły wtedy kwatery SS-manów.  Było to jeszcze w Haustetten.

W czasie nalotów alianckich dziennych nasze komando uciekało do schronów w pobliskim lesie, a podczas nocnych ładowano nas do piwnic w hali 4az.  W czasie jednego dziennego nalotu, trwającego 2 godz. i przeprowadzonego sposobem dywanowym, zostalo zabitych 4 ludzi, a rannych było może 30.  W czasie nalotów trzymaliśmy się razem z Tadkiem Brudem, Władkiem Bułą, Romkiem Guzikiem i Stasiem Gostomskim, ale kiedy w tym dniu bomby zaczęly spadać blisko nas w lesie, gdzie schroniliśmy się, to jakoś rozpierzchliśmy się we wszystkie strony.  Wtedy Stasio Gostomski, młody chlopiec z Torunia, zamiast położyć się płasko na ziemi, klęknął pod drzewem, i w tej pozycji zginąf trafiony odłamkiem między łopatki.  W komandzie montowania samolotów zginął w tym czasie Kazio Bendkowski z ulicy Koszykowej w Warszawie.

Po skończonych nalotach nosiliśmy na jedno miejsce zabitych i ciężko rannych, których potem ładowano na ciężarówki i odwożono do Dachau.  Lekko rannych zabieraliśmy ze sobą do baraków.  Pamiętam jednego z naszych Polaków ciężko rannego w głowę, jak poznał mnie po głosie i prosił, aby go przykryć, bo jest mu bardzo zimno.  Gdy po 5 godzinach zabierano go do Dachau, to biedak jeszcze żył.

W czasie późniejszych nalotów uciekaliśmy głębiej w las i chociaż wtedy SS-mani nie byli w stanie nas pilnować, to jednak, poza tymi dwoma Rosjanami powieszonymi za ucieczkę, nikt więcej nie próbował uciekać, gdyż po pierwsze wszystko wskazywało, że koniec wojny jest bardzo bliski, a po drugie ludność niemiecka nie tylko nie pomagała zbiegom, ale poznawszy po golonej ścieżce na głowie więźnia składała meldunki w policji, która odprowadzała takiego więźnia z powrotem za druty obozu.  A był już przykład, jak się taka historia kończyła.