DACHAU - 10 LISTOPADA 1942 - 2 MARCA 1943

 

Jakże inaczej jechaliśmy do Dachau, aniżeli przed trzema miesiącami do Mauthausem!  Wagony wyglądały jak do niem. transportów wojskowych: z ławkami i piecykiem, w których zaraz po załadowaniu SS-mani polecili rozpalić ogień.  Nasze samopoczucie poprawiało się w błyskawicznym tempie tym bardziej, że nasza eskorta obchodziła się z nami zupeśnie poprawnie w podróży, a nawet wspaniałomyślnie oddawała niedopałki dla palących więźniów.  Musieli przypuszczalnie otrzymać od swych przełożonych instrukcje, aby obchodzić się z nami łagodniej, gdyż był to już okres planowego wycofywania się armii niemieckich spod Stalingradu.

Do obozu Dachau dojechaliśmy na drugi dzień już dobrze po północy.  Ze stacji kolejowej podwozili nas autami ciężarowymi, silnie strzeżonymi przez SS-manów.  Obóz przyjął nas spokojnie, bez krzyków i bez bicia.  Procedura przyjęcia była jednak taka sama, jak i w poprzednich obozach: złożenie do worków ubrań cywilnych, dezynfekcja, czyli strzyżenie i smarowanie palącym plynem, wydanie pasiaków i numerów.  Różne te czynności ciągnęły się do rana.  Było już widno, kiedy ustawiono nas wreszcie w szeregach na placu przed łaźnią.  Staliśmy tam może do g. 12, ale nikt nas nie szykanował.  Taki już był zwyczaj obozowy, że normalne, nie karne, transporty musiały odstawać na placach dłuższy, czy krótszy okres czasu.  Teraz krążył wokoło nas sztab blokowych i grupka "starych" więźniów wypatrujących znajomych wśród nowych przybyszów.  W ten sposób spotkałem się wtedy z Władysławem Drapą, z którym kończyłem Szkołę Podoficerską w Bielsku, w 3 P.S.P.  Przywieżli go do Dachau pierwszym transportem Polaków w roku 1939.  Popatrzył się z żalem; jak stałem w szeregu, i zapytał, na który blok mnie przydzielono.  Powiedziałem, że na kwarantannowy, 21.  Pocieszył mnie, że jeśli się nie załamię, to przetrzymam.

W południe, jedząc pierwszy obiad na siedząco, usłszałem, że blokowy woła moje nazwisko.  Kiedy wstałem, zobaczyłem koło blokowego mojego przyjaciela, Władka Drapę.  Zaraz podszedł do mnie i dał mi swoją porcję chleba.  Kiedy wzdragałem się przyjąć tak wspaniały na warunki obozowe upominek, Władek powiedział, że pracuje w komandzie obozowym rozwożącym ten chleb po obozie.  Nie mogłem więc takiego upominku nie brać.  Wtedy też podziękowałem za miły prezent, a teraz na tym miejscu jeszcze raz z całego serca dziękuję Władkowi, że pozostał dobrym kolegą do końca mojego pobytu w Dachau.  Gdy później byłem już na wolnym bloku, spotykaliśmy się i prowadziliśmy długie rozmowy.

W Dachau otrzymałem numer 39027. Suma cyfr w nim wyniosła 21, czyli "oczka" w kartach.  Pomyślałem, że to musi być szczęśliwy numer, z którym przeżyję obóz.  Na bloku kwarantanny, o numerze 21, mieliśmy dość spokojne życie, nie stosowano przeciw nam żadnych szykan, do pracy nie pędzono, a przy dobrej pogodzie przebywaliśmy na powietrzu.  Ta sielanka skończyła się jednak po dwóch tygodniach przeniesieniem nas Polaków na blok 18.  Już nazajutrz wywołano mnie do komanda "Hereszongamt Muenchen".  Było nas w nim razem 40 i praca nasza polegała na czyszczeniu karabinów maszynowych i zwykłych, które pochodziły z krajów podbitych przez Niemców.  Praca ta odbywała się w dużym magazynie pod nadzorem i kierunkiem zawodowego rusznikarza niemieckiego.  Nie poganiano nas przy tym, ani nie szykanowano.  Codziennie rano, po apelu, komandofuehrer z dwoma SS -  manami i jednym kapo zabierali nas autem ciężarowym do samego miejsca pracy.  Zupa obiadowa również jechała z nami.  Po południu jednak musieliśmy pracę kończyć o całą godzinę wcześniej, aby być na czas w Dachau na apelu wieczornym.  Widocznie to komando niezbyt się Niemcom opłacało, bo zostało zlikwidowane po 2 i pół miesiącach istnienia.  Ciężarówki, którymi jeździliśmy do Monachium, byly czasami kryte, ale często nie.  Chcąc się w jakiś sposób zabezpieczyć przed zaziębieniern w czasie takiej jazdy, codziennie rano przed gongiem smarowałern się jakimś białym smarowidłem do butów, którego bylo dosyć przy wejściu do izby na bloku.  Na ten pomysł wpadłem przypomniawszy sobie przeczytaną w czasach młodości uwagę, że w zimie można plywać w otwartych basenach, jeżeli ma się ciało dość grubo nasmarowane tłuszczem.  W czasie pracy nasz kapo nie interesował się nami wcale, a dla zabicia czasu sam też coniebądź czyścił.

Niedzielne popołudnia mieliśmy do własnej dyspozycji.  Niektórzy uczyli się wtedy angielskiego, inni czytali niernieckie gazety.  Jeśli jednak była to niedziela wyznaczona na pisanie listów, to każdy z Polaków byl wtedy pisaniem zajęty.  Jak już poprzednio wspomniałem, Niemcy wycofywali się "planowo", więc dyscyplina spadała jak barometr.  Mogliśmy nawet napisać do rodzin prośbę o paczkę żywnościową lub odzieżową.  Nadeszła paczka była otwierana na punkcie kontrolnym, ale w obecności odbiorcy, dokładnie przeglądana, a następnie oddawana dość uczciwie do rąk odbiorcy.

W Dachau zabezpieczyłem się przed zimnem względnie dobrze.  Z domu rodzinnego otrzymałem sweter, długie i grube wełniane pończochy i szalik.  Sweter ten wymieniłem na inny, obozowy, podobny do tego, który już mialem.  Zrobiłem to dlatego, że nie wolno nam było nosić dwóch swetrów; mając więc dwa jednakowe zeszyłem je tak, aby robiły wrażenie jednego.  Za pasiastą bluzkę i kilka papierosów dostałem starą bluzę wojskową na podszewce, więc dodatkowo wstawiłem w gómą część tej bluzy jeszcze jedną warstwę podszewki.  W ten sposób usiłowałem się bronić przed zimnem.

Dachau był obozem politycznym.  Większość więźniów to byli komuniści niemieccy, którzy objęli wszystkie funkcje obozowe i nadawali życiu dachauowskiemu specyficzny styl.  Do nas, czyli tłumu obozowego, odnosili się po ludzku i koleżeńsku, a nade wszystko sprawiedliwie.  Takie same stosunki panowały w Haustetten, Gablingen, Pferse, gdzie kolejno kwaterowało komando "Messerschmitwerke" Augsburg i kolejno było bombardowane przez lotnictwo alianckie.

W czasie mojego pobytu w Dachau, na placu apelowym był zainstalowany silny głośnik radiowy, który ryczał o sukcesach niemieckich w czasie posuwania się arrnii hitlerowskiej do przodu, ale zamilkł zupełnie, gdy zaczęły się klęski i gdy szczątki dywizji wracały do Faterlandu.

Bez względu jednak na sytuację wojenną czystość na bloku 18 musiała być zawsze wzorowa; buty były zdejmowane przed wejściem, czyszczone, natłuszczone i postawione na baczność pod łóżkiem; ręczniki, miski, menażki i lyżki były przechowywane w szafkach z jednym czy dwoma kolegami do spółki. Bezpośrednio po rozwiązaniu komamda "Hereszeugamt Muenchen", przygotowano w Dachau transport do "Messerschmittwerke" - Augsburg.  Na pierwszy ogień wzięto wszystkich metalowców i młodych ludzi, a i mnie między nimi.  Rozmawiając z Władziem Drapą na temat tego transportu dowiedziałem się, że taki przydział nie jest zły, że o wiele gorzej jest dostać się do kamieniołomów, kopalń, czy też fabryk istniejących w tunelach górskich, bo z takich prac można się wydostać tylko na tamten świat.  Te jego słowa dopomogły mi do zachowania równowagi ducha i do zmobilizowania resztek sił fizycznych i moralnych na ten nowy etap życia za drutami.