MAUTHAUSEN 7 SIERPNIA - 9 LISTOPADA 1942 R.

 

W dniu 7 sierpnia 1942 r. po rannym apelu i sprawdzeniu numerów, a było nas 350, przeważnie niskie Nr. - zmiemiono nam pasiaki na ubramia własne.  Oczywiście musieliśmy być zdezynfekowani, t.zn. każdy z nas miał zanurzać się w jakimś ciemnym gęstawym płynie, którego istnienia trzeba było się domyślać na dnie wanny kąpielowej.  Następnie załadowano nas po 60 do waganów towarowych, zamkniętych na kłódkę, bez powietrza, wody i jedzenia, bez ustępów, a na dodatek zadrutowanych kolczastym drutem.  Stłoczeni i zbici oczekiwaliśmy w upalnym dniu sierpnia kilka godzin na odjazd.  Wreszcie pociąg ruszył, zatrzymując się po drodze jedynie na krótkie postoje.  W pierwszym dniu naszej makabrycznej podróży zdążyliśmy sprawdzić, że jedziemy na zachód przez Czechasłowację.  Wagony z naszymi ludźmi często były przyczepiane do innych pociągów.  W czasie jednego takiego przetaczania naszego transportu, a było to już na terenie Austrii, nieletnie podrostki, a nawet i starsi rzucali kamieniami do naszych wagonów nie szczędząc nam i obelg, w których najczęściej powtarzali "Polnishen banditen".  Skąd oni wiedzieli, że faktycznie jesteśrny Polakami, pozostanie dla nas zagadką.  Byliśmy potwornie zmęczeni ostatnimi przeżyciami, brakiem snu, okropnymi warunkami podróży, brakiem odrobiny świeżego powietrza.  Chłodna noc uśmierzyła cokolwiek pragnienie.  Nastęnego dnia, około godz. 8, pociąg zatrzymał się na dłuższy postój.  Przez szpary nie widzimy żadnych zabudowań stacyjnych.  Zaczęto otwierać drzwi.  Makabra podróży zakończyła się.

Krzykiem "alles heraus" wypędzano nas z wagonów i ustawiono piątkami.  Doszła wtedy do nas wiadomość, że jesteśmy w Mauthausem.  Pod silną eskortą SS-manów maszerujemy przez miasto.  Przechodnie zatrzymywali się na nasz widok i milcząco odprowadzali wzrokiem..  Zrobiło się nam jakoś weselej na duszy.  Obóz Mauthausen jest na wysokim wzgórzu.  Otoczony granitowymi murami i wieżami przypominał średniowieczną fortecę, chociaż zbudowano go w czasie pierwszej wojny światowej z przeznaczeniem dla jeńców wojennych.  Sama brama mauthausowska sprawiła na mnie niesamowite wrażenie, gdyż jest głęboka na 4 do 5 m. i wykonana z fachowo ciosanych brył gramitowych.  Cały ten obóz był wzorem czystości.

Przed łaźnią obozową każdy z nas musiał wepchnąć do worka swoje cywilne ubranie i przyszyć do niego kawałek białego materiału z wypisanym nazwiskiem i numerem właściciela. Tylko paski do spodni mogliśmy zatrzymać przy sobie.  Następną czynnością była t.zw. kąpiel, czyli przelecenie pod prysznicem z zimną wodą.  Potem ustawiono nas nago w szeregach na placu apelowym.  Sierpniowe słońce, brak cienia i jakiegokolwiek przewiewu bezlitośnie prażyły nasze szeregi przez 6 godz.  Wieczorem, po apelu wydano nam tylko koszule i kalesony.  Skierował nas na blok 19 rewirowy, gdzie zostałem ok. 6 tygodni.  Cały nasz transport z Oświęcimia był podejrzany o przywleczenie tyfusu plamistego, na który sam w Mauthausem zachorowałem właśnie na tym bloku rewirowym.

Miałem silną gorączkę, zawroty głowy i traciłem pamięć.  Z okresu mojej choroby pamiętam tylko jeden szczegół, a mianowicie oddanie mojej porcji chleba, jedyny raz za cały czas mojego pobytu w obozach koncemtracyjnych, Hiszpanowi - więźniowi  za zasłanie mego łóżka gdyż sam tego wykonać nie mogłem.  Przed porannym apelem musiały być one zasłane, a pozostać mógł tylko umierający lub umarły.  Pamiętam, że moim sąsiadem z jednej strony był Staszek Bażant z Sandomierza, a z drugiej inż. górnik Erwin Ptak z Katowic.  W tej samej izbie dzielił z nami los Putek, były poseł na Sejm ze Stronnictwa Ludowego.  Jego znajomi przynosili mu jako pomoc: chleb, zupy, dodatki tłuszczowe, którymi dzielił się szczodrze z nami Polakami.

 

Była pogłoska, że wszyscy podejrzani o tyfus mają być zlikwidowani, t.zn. uśmierceni i spaleni.  W tym czasie pisarzem bloku rewirowego był Pokrywka, który widząc w tej grupie do zlikwidowania swojega przyjaciela, inż. Erwina Ptaka, z którym razem kończyli Politechnikę Gdańską, załatwił to uśmiercenie w papierkowy sposób.  Pokrywce więc zawvdzięczamy życie.

Inna pogłaska znów mówiła, że mają być dwa transporty, jeden do Dachau, a drugi do Guzen.  Jakoś ciągle a tym przebąkiwano.  W końcu październnika, w niedzielne popołudnie wygonili nas wszystkich na plac apelowy.  Kiedy tak staliśmy nadzy w szeregach, nadeszła grupa oficerów niemieckich różnych formacji.  Każdego z nas pytano, jakiej jest naradowości, jaki ma fach i za co znalazł się w obozie.  Rozdzielono nas na dwie grupy.  Ja znalazłem się wśród tych, co wyglądali dość możliwie.  Zastanawiałem się, gdzie tę grupę mogą wysłać, czy do Dachau, czy też do Guzen?  Wykombinawałem sobie, że pewnie tych słabszych odeślą do Dachau.  Intuicyjnie czułem, że jednak tam będzie większa możliwość przeżycia piekła hitlerovvskiego.  Nie wiele myśląc, przeskoczyłem do grupy słabszych, narzuciłem na siebie koszulę i kalesony, i przygarbiony wcisnąłem się :między kolegów.  W międzyczasie jakiś starszy wiekiem SS-man woła: "Wo is der schwartze Pole? Wo is der schwartze Pole?.  Ryzykując nie wystąpiłem przed grupę.  Po chwili wołanie ustało.  Zabłysła nadzieja, że może jednak uda się wyrwać z tego piekła.  Po segregacji odprowadzono nas na blok 20, gdzie spisano nasze numery.  Zastaliśmy już w tym bloku Czechów, Hiszpanów, Rosjan, Belgów, Jugosławian, ale najwięcej było nas Polaków.  Blok - barak składał się z dwóch izb A i B przedzielonych umywalnią, ustępami i małym pomieszczeniem dla blokowego.  W tym czasie był nim Beno z zielonym trójkątem, o zaciętym wyrazie twarzy i przymróżonych oczach.  W biciu wyręczał się on innymi zastępcami  W czasie mojego pobytu na bloku 20, co drugi lub trzeci apel wieczorowy kończył się wywoływaniem od 8 do 20 numerów spośród nas.  Koledzy-więźniowie wywoływani mieli ręce albo nogi złamane, czy też ropiejące rany.  Pamiętam, jak motorniczy tramwajów z Krakawa był po takim wywołaniu niesiony przez kolegę-więźnia, zaś Rosjanin- inżynier, który miał oczy wypalone w hucie żelaznej, zwisał z ramion niosących go więźniów w czasie ostatniej swojej drogi na tym ziemskim padole po zastrzyk śmierci-wybawicielki.

Gdy przybyliśmy, to w każdej izbie było nas 750, ubranych tylko w koszule i kalesony. Po całych dniach staliśmy boso na kamiennym bruku w postawie na baczność, w podwójnych odstępach, aby zimny wiatr mógł nam więcej dokuczyć.  Było może 100 par drewniaków na zewnątrz baraku na 1500 ludzi, a zdobyli je ci, którym udało się pierwszym wyskoczyć po porannym gongu.  Na cały nasz stan dano zaledwie 100 blaszamych misek czy starych menażek, więc ci, którym nie udało się zdobyć naczynia zaraz, musieli czekać, aż pierwsi wypili lub zjedli swoje porcje.  O godz. 5 rano wyganiano nas przed blok.  Oczywiście nie mogło być mowy o umyciu się.  Po wydaniu pół litra letniej wody zarzuconej kaszą następowała zbiórka do przedpołudniowej stójki.  Jeżeli było słonecznie i bez wiatru z doliny Dunaju, to nie było tak bardzo źle.  Niewiele było ciepłych dni we wrrześniu, październiku i listopadzie.  W ciągu naszej stójki czasami kazali nam czyścić nasze miski piaskiem wydrapanym z pomiędzy kamieni, na których staliśmy.  Blokowi i jego zastępcy zwracali uwagę na nasze zachowanie się.  Szeregi nasze musiały być wyrównane i musiał panować kompletny spokój.  Gdy zauważyli kogoś, że wychylił się z linii, albo rozmawiał, to był zabierany do umywalni, gdzie go kopano i polewano zimną wodą.  Jakże często taki "przestępca" wracał do szeregów ociekający krwią!  Za to też musieliśmy pozastawać w przysiadzie z rękami wyciągniętymi do przodu.  Wydawanie cienkiej zupy obiadawej odbywało się identycznie jak porannej ,t.zn, zastępca blokowego zaczynał rozdzielanie od środkowego szeregu, albo też od lewego skrzydła.  Po przełknięciu zupy obiadowej była chwila wolna tak długo, aż blokowy Beno skończył konsumowanie własnego posiłku.  Po południu powtarzała się historia ze stójką .na baczność, lub też w przysiadzie z wyciągniętymi w przód rękami.  W dnie deszczowe, lub też w przypływie dobrego humoru blokowego wracaliśmy do bloku, gdzie siedząc na podłodze jeden za drugim szeptaliśmy między sobą o naszych rodzinach, pracy i życiu na wolności.  Wybiegaliśmy myślami w przyszłość zastanawiając się, kto będzie zwycięzcą w tej wojnie i jaką będzie Europa po zakończeniu działań.  Takie dyskusje miały jednak wybitnie deprymujący wpływ.  Opowiadania przeczytanych kiedyś na wolności dzieł naszych pisarzy potrafiły podnieść na duchu i dodać sił do znoszenia przeciwności.  Po wieczornym apelu, który odbywał się przed blokiem, rozdzielano chleb w ilości 1 / 6 lub 1/7 bochenka 1600-gramowego na każdego, czarną kawę zbożową lub wywar z ziół, oraz dodatek tłuszczowy czy blutwurst około 30 gr.

Więźniowie ginęli od śmiertelnych zastrzyków i umierali z wycieńczenia.  Niemalże na moich rękach zmarł Antoni Jordanek, nauczyciel z Kęt koło Bielska.  Ostatnie jego słowa były: "Jeżeli kiedykolwiek będziesz w Polsce, to powiedz żonie i synowi, że ich kochałem do końca".  Ja sam byłem bliski ziemskiego końca z wycieńczenia, przeziębienia, i od tego gęstawo-zielonego płynu z beczki pod rynną na bloku 19, który piłem z pragnienia.  Upadłem, a współwięźniowie zaczęli mnie tratować.  Dopiero Witold Szymczak, którego poznałem przy pracy stolarskiej w Oświęcimiu, zlitował się nade mną.  Podniósł mnie, pomógł przejść na bok, gdzie było mniej ludzi, pocieszał mnie, jak umiał, i nie zostawił samego aż do powrotu do bloku.  Radził nie pić żadnych płynów i jeść tylko chleb, a specjalnie suche skórki z chleba.  Z całego serca składam mu tutaj podziękowanie za pomoc.  Nie wiem, jak skończyłby się ten mój atak słabości, gdyby nie jego opieka.  Poza tymi, których wykańczano zastrzykami, na skutek warunków obozowych umierało codziennie 5 do 15 i więcej więźniów na jednym naszym bloku.  Blokowy Beno i jego zastępca często zabawiali się biorąc nagiego więźnia na betonową posadzkę, gdzie oblewali go zimną wodą z gumowego węża, a następnie kładli mu na gardło gruby kij, na którego końcach stali tak długa, aż nieszczęśliwy więzień umierał śmiercią męczeńską.  Taki los spotkał tych, którzy w nocy majaczyli w gorączce i mówili głośno.

Od humoru blokowego zależało, czy zaraz po pobraniu chleba kierowano nas do łazienki pod zimny prysznic.  Niektórzy z nas szybko zjadali swoją porcję chleba przed tym t.zw. dziennym myciem, a inni owijali ją w swoją bieliznę i kładli na framudze okna czy jakimś suchym kącie.  Na 750 ludzi dawano do wycierania się jedno tylko, najwyżej dwa , prześcieradła.  Na bloku 20 ręczników zupełnie nie było.  Po chleb i pod prysznic blokowy puszczał rzędami w takiej kolejności, jak mu dyktował humor, czy też jak mu się podobał człowiek stojący na czele swojega rzędu.  Mógł więc pójść jako pierwszy rząd Niemców, Czechów, Hiszpanów, Belgów, czy Francuzów, rzadko kiedy Rosjan a nigdy Polaków.  Przy powrocie do izby ci pierwsi kierowali się na górne łóżka, na których według regulaminu mogła spać trzech ludzi.  Na dolnych pojedyńczych łóżkach mogło spać czterech.  Ci, którzy nie zdążyli zdobyć miejsca do spania na pryczach, kładli się na podłodze pod nimi.  Ponieważ łóżka były bardzo wąskie i niskie, więc trzeba było pozostać na plecach, czy też na brzuchu aż do zgaszenia światła.  Noga ani ręka nie miała prawa wystawać spod łóżka!  Dopiero w ciemno-ści ukradkiem zmieniało się pozycję spania.  W takich warunkach więźniowie spali do połowy października 1942 roku.  Ze stanu 1500 ludzi pozostało nas około 800.  9 listopada 1942 roku nie wpuścili nas do bloku po wieczornym apelu.  Przywieziono worki z naszymi ubraniami cywilnymi i zaczęli je rozdawać.  Szło to bardzo wolno, gdyż wyczytywano nazwiska z listy, i z podanego worka.  Gdy nikt nie pilnował, wielu z nas zabierało pierwszy lepszy worek z ubraniem.  Zaczynało już świtać i listopadowe zimno dawało się dobrze we znaki, gdyż staliśmy tylko w koszulach i kalesonach, bez butów, na kamieniach.  Widząc, że została już nas tylko niewielka grópka, może 30 więźniów, zabrałem worek leżący najbliżej mnie.  Znalazłem w nim bieliznę i ubranie w dobrym stanie, odpowiedniej wielkości, ale najwięcej ucieszyłem się z butów i ciepłego płaszcza.  Po ubraniu się zaraz poczułem się zdrowszy.  Całą naszą grupę, już przebraną w cywilne ubrania, zaprowadzono na główny plac apelowy, gdzie dokładnie sprawdzano nasze numery i nazwiska, oraz wydano nam ostatni posiłek w Mauthausen w pastaci pół litra ciepłej wody zaprószonej ziarnkami kaszy.

W okresie wyczekiwania na transport do Dachau miałem dziwny sen.  Śniło mi się, że w mundurze podoficera W.P.  z 1939 roku, ale bez broni i Orzełka, wspinałem się po żelaznych schodach bez poręczy na wysokość chyba 8 metrów.  Z dużej platformy na szczycie jacyś cywile patrzyli się na moją wspinaczkę, ale nikt mi nie zaofiarował pomocy w pokonaniu ostatniego stopnia, ktory był bardzo wysoki.  Ostatnim wysiłkiem mięśni i przytomności umysłu wydostałem się na tę platformę.  Po przebudzeniu się wytłumaczyłem sobie, że dostanie się na platformę oznacza wydostanie się z Mauthausen.  Będąc na bloku 20 nie bardzo w to wierzyłem.  Współtowarzysze niedoli twierdzili, że jeżeli poprowadzą transrport w prawo, to będzie oznaczać Guzen, a jeśli na lewo pójdziemy, to do Dachau.  Po wyjściu z bramy obozu skręciliśmy w lewo.  Zacząłem wierzyć, że moja gwiazdka jest jaśniejsza.  Idąc ulicami Mauthausem widziałem na jabłoniach pojedyńcze jabłka mimo, że liście już dawno opadłry.  Te jabłka wciąż .mi stały przed oczami, gdyż przez cały czas mojego pobytu za drutami żadnego owocu nie jadłem.  Na stacji kolejowej zaraz weszliśmy do podstawionych już dla nas wagonów.  Dziękowałem Bogu, że dożyłem tej chwili wydostania się za obręb drutów Mauthausenowskich.