OŚWIĘCIM

 

Pociąg nasz stał krótko na bocznicy.  Podjechał pod budynki zwane "Monopolem Tytoniowym" i tam się zatrzymał.  Słońce już chyliło się ku zachodowi, jakby nie chciało widzieć, co tutaj będzie się działo.  Krzykiem "Alles heraus" wypędzono nas na rampę przed budynkami.  Miejsce to było otoczone przez kordon SS-manów z gotowymi do strzału automatami a inna zgraja SS-manów prowadziła i nadzorowała nasze pierwsze kroki na tej okrutnej ziemi Oświęcimia.  Stało też tam okolo 30 ludzi ubranych w pasiate spodnie i granatowe bluzy.  Byli oni oznaczeni zielonymi trójkątami i jakimś numerem na kawałku materiału przyszytego do spodni z prawej, a do bluzy z lewej strony.  Byli to niemieccy przestępcy kryminalni, przyszli władcy nasze'go życia i śmierci w komandach podczas pracy i na naszych blokach.  Jeden z nich o wielce odstraszającym wyglądzie, "Leo" Wieczorek bił gumowym wężem każdego wyskakującego z wagonu więźnia po głowie, plecach i krzyżach.  Był też między nimi jeden życzliwy i jakiś wyrozumiały.  Nazywał się "Otto" Kuessel.  Nikogo nie uderzył, a takiego, który nie wiedział gdzie ma stanąć, brał za ramię i prowadził do właściwego miejsca.  Później, jak był pewny, że żaden SS-man nie widzi, pouczał nas, jak postępować aby przeżyć obóz.  Radził pracować tylko wtedy, gdy się ktoś patrzy, a jedzenie organizawać tak, aby nie podupadać na siłach.  Zapamiętaliśmy sobie te rady i niejeden z nas używał tej "broni" w walce o życie w hitlerowskim piekle.

Po sprawdzeniu stanu ustawiono nas dziesiątkami i zaczęto kolejno według alfabetu wołać do stołów.  Tam zostaliśmy obrabowani ze wszystkiego.  Chleb otrzymany w Tarnowie rzucaliśmy do skrzyni, buty na jedną kupę, płaszcze na drugą, czapki, kapelusze.  Pozwolono nam zatrzymać tylko jeden komplet bielizny, spodnie i marynanki.  Musieliśmy te rzeczy ułożyć osobno.  Następnie "fryzjerzy" ostrzygli nam włosy maszynką, która je wyrywała raczej, niż strzygła.  Po tej operacji zostaliśmy kopniakami wepchnięci pod zimne prysznice.  SS-mani następnie wepchnęli nas do bloku pod zegarem i kazali iść na pierwsze piętro.  Były tam dwie sale, w których stał kocioł z dawnej kuchni polowej służący do załatwiana potrzeb fizjologicznych, a podłogi były zaśmiecone wiórami.  Zakazano nam podchodzenia do okiem pod groźbą strzelania. Zmęczeni i sponiewierami pokładliśmy się pokotem na podłodze.

Dnia 16 czerwca 1940 roku zbudzono nas o 4 rano wrzaskiem "aufstehen".  Poganiani biciem kijami i gumami zostaliśmy wypędzeni na podwórze, gdzie wydano nam wywar z jakiegoś zielska w aluminiowym kubku i po kawałku naszego tarnowskiego chleba.  Apel o godz. 6 trwał dość krótko, po czym nastąpiło uprawianie sportu aż do godz. 19 z 45-minutową przerwą na obiad.  Otrzymaliśmy wtedy 3 / 4 litra zupy "Avo", którą musieliśmy wvypić z braku łyżek bardzo szybko, bo na miskę czekał już w kolejce następny kolega.  12-godzinne uprawianie sportu zaczynało się biegiem dokoła placu przed blokiem z ustawicznym padnij, powstań, czołgaj się, przysiad, ręce w przód, ręce do góry, it.d.  Wielu z nas nie wytrzymywało tego tempa i wykonywało te ćwiczemia z opóźnieniem, na co tylko czekali kapowie, aby znęcać się kopaniem, gdzie popadło, biciem gumowyrni wężami, łańcuszkami i trzonkami od mioteł.  Często pomagali im przy tym znęcaniu się i SS- mani.  O godz. 18 był apel wieczorny.  Na kolację otrzymaliśmy 1 /2 litra niesłodzonej kawy zbożowej, kawałek naszego chleba z Tarnowa i mały kawałek margaryny.  Mycie w bloku monopolowym polegało tylko na zwilżeniu twarzy, gdyż na więcej wody nie starczyło.  Potrzeby fizjologiczne można było załatwiać do godz. 6 rano, w przerwie obiadowej, oraz po godz. 19-tej.  Po tygodniu któregoś popołudnia nie wypędzono nas na uprawianie "sportu".  Zostaliśmy przeprowadzeni do suteryn bloku monopolowego, gdzie każdemu z nas rzucono papierowy worek na ubranie, bieliznę i buty.  Trzymając ten worek, nago, podchodziliśmy do stołów, skąd rzucano nam kalesony, bluzę i spodnie drelichowe w stylu pasiaków.  Nie dostaliśmy butów, skarpetek ani żadnego nakrycia głowy.  Przy ostatnim stole każdy z nas otrzymał kawałek tektury ze swoim numerem.  Ja dostałem numer 318.

Nasza zaprawa oświęcimska, między blokami Monopolu Spirytusowego, trwała dwa tygodnie.  Któregoś dnia po apelu wieczornym kapowie przeprowadzili rejestrację fachowców potrzebnych do rozbudowy przyszłego obozu zagłady.  Ja podałem się jako elektryk, chociaż nigdy później w tym zawodzie nie pracowałem.  W pierwszym rzucie wyszło nas około 250 ludzi, potem co kilka. dni dochodziły dalsze grupy.  Czuliśmy się szczęśliwvi, byliśmy wyrwani z tego morderczego sportu.  Przy wejściu do głównego obozu Oświęcim, bloki po lewej stronie były już względnie przygotowane na zakwaterowanie nas.  Nasza grupa została umieszczona w bloku 3, sala nr. 6, gdzie w jednym kącie były złożone koce i sienniki.  Na każdego z nas przypadł jeden koc, 1 / 3 siennika, miska i ręcznik, który zawsze musiał być czysty i luźno wisieć na wieszaku.  Z tej to przyczyny ręczników nigdy nie używaliśmy.  O godz. 4 rano blokowy, lub izbowy krzyczał : "Alles heraus".  Szybko wciągaliśmy spodnie, koszule buty i pędziliśmy z miskami po wodę do studni (pompy ręcznej za blokiem 3-cim).  Wyglądaliśmy wtedy jak dzikie ptaki lub zwierzęta wypuszczone z klatki.  Tylko pierwszym udało się przy studni zdobyć odrobinę wody do zamoczenia twarzy, a dla innych już nie było to łatwym.  Na sali wypijaliśmy po pół litra czarnej kawy i znów krzyk "Alles heraus" wyrzucał nas na plac apelowy.  W tym czasie izbowi i ich pomocnicy porządkowali sienniki, i myli podłogi.  Ta ostatnia czynność polegała na wylaniu kilku wiader wody i zbieraniu jej.  Na apel poranny wypędzano nas o godzinę za wcześnie, co szczególnie było dokuczliwe w zimie, kiedy wiatr wył między blokami i przeszywał nas do szpiku kości.  Przytulaliśmy się wtedy do siebie, aby zachować choć odrobinę ciepła własnych ciał.

Niejednokrotnie przychodziła do głowy, aby iść na druty albo do wartowników.  Często na sali słyszeliśmy po gonku krzyki człowieka, który załamawszy się poszedł na druty, aby raz na zawsze skończyć swoją męczarnię.  Nigdy tych krzyków nie zapomnę.  Chwytały za serce i ściskały za gardło wraz ze skargą do Boga na niebie za tych ludzi, dla których śmierć była jedyną wybawicielką.

W zimie 1941 - 1942 roku, przed apelem porannym często wi-działem od czterech do sześciu wozów z dużymi skrzymiani, z których sączyła się krew, a na górze sterczały nogi lub ręce rozstrzeliwanych prawie każdej nocy, począwszy od listopada 1941 roku, jeńców rosyjskich w lekkich drelichach.  Ich ręce zesztywniały jakby w niemym pytaniu, "gdzie jest prawo do życia człowieka 20 wieku?".

Apele w porze obiadowej były najkrótsze.  Nieraz zabieraliśmy ze sobą zupę, a czasami nalewano ją w południe do naszych misek.  Wtedy spożywaliśmy ją zimną dopiero wieczorem po powrocie z pracy.  Najpierw pracowałem przy skrobaniu ziemniaków.  Po dwóch tygodniach jednak przybywało coraz więcej hudzi, więc kapo często uprawiał z nami sport.  Któregoś dnia w czasie tych ćwiczeń odskoczyłem do komanda cieśli, w którym zastępcą kapa był mój znajomy jeszcze z więzienia w Muszynie.  Kiedy na jednym z wieczornych apelów lager Fuehrer Karl Fritzch kazał zgłosić się tym, którzy potrafią posługiwać się narzędziami stalarskimi.  Ta praca nie była mi obcą, więc śmiało wystąpiłem z szeregu.  Po zapisaniu przez blokowego mojego numeru, kazano mi następnego dnia zgłosić się do komanda stolarzy.  W tyrn komandzie pracowałem już do końca mojego pobytu w Oświęcirniu.  Początkowo stolarnia obozowa była w bloku 4, następnie przeniesiono ją do bloku 9, a pod sam koniec mieściła się w Industry Hof.  Głównym kapem był Artur Balke, a do pomocy miał przydzielonego Erika Puke, Waltera, którzy nikogo się nie czepiali bez powodu.  Pewnego razu było już za dużo stolarzy na bloku 9 i kapo Balke zrobił czystkę, w której i ja wpadłem i numer mój nie był zapisanym do pozostania w stolarni.  Po odejściu Balkego poszedłem do jednego z dwóch braci Górka z Nowego Targu, zastępców głównego kapa, w pracy stolarskiej i poprosiłem o pozostawienie mnie w spokoju, na co on przystał.  Byłem i jestem jemu wdzięczny za ten uczynek.  Cieszyłem się z tej pracy, gdyż wiedziałem, że mam tam większą szansę na przetrzymanie obozu.  Pracując w 9 bloku zrobiłem jednemu z mniej ważnych kapów kuchni obozowej drewniane pantofle.  Bardzo się z nich ucieszył i przyniósł mi pół bochenka chleba z dodatkiem tłuszczowym, oraz kazał zgłosić się do kuchni po zupę obozową.  Czekałem na wiadomość wywiadu obozowego, kiedy ta zupa będzie gęsta, i wtedy wybrałem się po nią z blaszanym wiaderkiem po marmeladzie ukrytym w skrzynce pod narzędziami stolarskimi. Do kuchni dostałem się bez trudności, gdyż nie była ona jeszcze wtedy ogrodzona parkanem.  Odszukałem kapa, który nalał mi pełne wiaderko zupy.  Postawiłem ją znów do skrzynki z narzędziami i prosząc Boga, aby nie spotkać się z raportfuehrerem Palitschem, wróciłem szczęśliwie do stolarni bloku 9.  Koledzy byli mile zaskoczeni zawartością wiaderka, a ja czułem się szczęśliwy, że mogłem się tą grysikową zupą podzielić ze wszystkimi, a było nas około 10-12.

Raz, kiedy pracowałem w "Industry Hofie", kapo wysłał mnie do sąsiedniego baraku, abym naprawił tam okno.  W czasie pracy za deską w ścianie znalazłem 6 czy 8 dużych i zdrowych kartofli.  Szkoda mi było ich tam zostawić. więc zawiązawszy sznurkiem mocno nogawki kalesonów koło kostek wpuściłem swoją zdobycz w taki prawizoryczny schowek.  Kiedy wracałem do bloku z całym komandem "Industry Hofu", moje ziemniaki zaczęły wylatywać na ziemię tuż przed główną bramą.  Udając niewiniątko, jak gdyby nigdy nic, maszerowałem dalej z bólem serca godząc się z taką stratą.  Miałem szczęście, że SS-mani nie zauważyli tego, bo skóra cierpła na myśl, co mogłoby się wtedy ze mną stać.

Komanda, które pracowały pod dachem, były solą w oku władzy obozowej.  Chcąc jednak wydostać z tych ludzi pracę twórczą, musieli ich zostawić w spokoju przynajmniej w czasie pracy.  Nieraz w niedzielę te właśnie "uprzywilejowane" komanda zostawały na placu po rannym apelu i SS-mani dzielili je na mniejsze grupki.  Na wiosnę 1941 roku i ja się znalazłem w jednej z takich grupek.  Zostałem przydzielony do równania pozostałego zagłębienia po stawie, który był kiedyś w środku dawniejszych koszar.  Do mnie należało wożenie ziemi spod parkanu do tego właśnie stawu.  Dwóch Niemców - więź-niów ładowało ziemię na moje taczki, a dwóch Cyganów udeptywało ją, aby ładunek był jak największy.  Wozić tę ziemię trzeba było biegiem, bo jeśli ktoś. robił to za wolno, lub upadał, to był bity po gło- wie, plecach i krzyżach przez kapów ustawianych co 50-75 m.  Wielu pod takim morderczym naciskiem upadało, ostatkiem sił podrywali się w tej walce o własne życie.  Ziemia sypana do stawu była wyrównywana, a następnie walcowana wielkim żelaznym walcem o średnicy 2-metrowej, napełnionym wodą.  Miał on dwa dyszle z poprzeczkami.  Do ciągnięcia tego walca zatrudniano tylko księży i Żydów, którzy musieli przy tej pracy biegać równym szybkim krokiem.  Dozorował ich kapo Kraukenman, znany ze swego sadyzmu.  Siedział on na dyszlu walca i styliskiem łopaty a1bo trzonkiem miotły popędzał swoje ofiary bijąc je niemiłosiernie w takt kroków.  Pewnej niedzieli woziliśmy ziemię z obozu dla zamaskowania schronu amunicyjnego z czasów pierwszej wojny światowej (później zamienionego na pierwsze krematorium), tak samo bici kijami i gumami przez SS-manów.  Jeszcze miałem odrobinę sił, gdy wreszcie zakończono tę męczarnię.  Dla 70-letniego staruszka o nazwisku Gazga z Nowego Targu była to ostatnia runda: gdy opadł zupełnie z sił, wziąłem taczkę z jego rąk, za co rzucił mi pełne wdzięczności spojrzenie.

Czasami dla urozmaicenia cały obóz pozostawał na placu po niedzielnym rannym apelu i ćwiczył się w śpiewaniu niemieckich piosenek, jak np. "In lager Anschwitz ","Am jeden Morgen in der Free" i inne.  Naukę tę prowadził jeden ze starszych więźniów, który znał dobrze język niemiecki. śpiewanie to było dla nas przeraźliwie nudne, gdyż nie rozumieliśmy słów giosenek.  Kiedy nie wychodziły one, jak powinny, to kapowie i SS-mani bili nas i kazali śpiewać w przysiadzie.

W czasie mojego pobytu w Oświęcimiu pracowałem przy warsztacie nr. 37 razem z Władziem Kielczykiem z Warszawy i Włodziem Czarnotą z Borku Fałęckiego.  Mimo, że oni byli zawodowymi stolarzami, a ja nie, to jednak była między nimi szczera i bardzo koleżeńska współpraca.  Nie wiem, czy oni przeżyli obóz.  Moim nauczycielem w zawodzie stolarskim był Józio Gramatyka z Zakopanego, którego zapamiętałem jako dobrego przyjaciela.  Pracował też ze mną w stolarni Witek Szymkowiak, podchorąży kawalerii, który swoim przykładem i zachowaniem umiał słabszych podtrzymać na duchu.  On to w Mauthausen podźwignął mnie, gdy leżałem już na dziedzińcu przed blokiem kwarantanny.  Nigdy tego nie zapomnę.  Zmarł w Polsce w 1968 roku jako lekarz.

Pracował też ze mną Janusz Młynarski, student z Torunia, któremu kiedyś dałem na imieniny kawałek chleba.  Był mi za to bardzo wdzięczny, bo wiedział, że była to w tych czasach najwartaściowsza rzecz jaką człowiek mógł otrzymać.  Jest obecnie lekarzem w Austrii.  W stolarni widywałem też często sześciu braci Kupców z Poronina: Ja- na, Władysława, Bolesława, Karola, Józefa i Antoniego.  Czterech z nich przeżyło obóz, a dwóch zostało zgładzonych.

Na swojej sali zaprzyjaźniłem się z Ignacym Baronem, ogrodnikiem z rejonu Tarnowa.  Bardzo przejmował się losem pozostawionej żony i dzieci.  Nie przetrzymał nawet do czasu mojego wyjazdu z Oświęcimia.  Tak samo Janusz Wróbel, nauczyciel ze Starego Sącza, człowiek o szlachetnym sercu i bardzo przyjacielski, też zmarł stosunkowo wcześnie.  Trzech braci Hejków z Torunia nigdy się na nic nie uskarżali mimo swojego młodego wieku.  Szli swoją cierniową drogą z całym samozaparciem.  Nie wiem, co się z nimi stało.  Dyrektor  szkoły powszechnej w Krakowie, Robak też na nic nie narzekał i pocieszał każdego słabszego, nie doczekał się jednak uwolnienia.

Inżynier Kubicki z Centralnego Okręgu Przemysłowego, którego specjalnością było opowiadanie streszczeń z dzieł Żeromskiego, Słowackiego, Prusa i Sienkiewicza, potrafił oderwać nasze myśli od nocy Oświęcimskiej.  Po wszystkich przeglądach i zgaszeniu świateł przenosił nas w krainy naszych poetów i pisarzy.

Gienek Niedojadło potrafił zawsze wykombinować dodatkowe kawałki chleba z organizacji lub z SS-mańskiej kuchni, którymi dzielil się ze wspóltowarzyszami niedoli.

Borkowski, młody student z Krakowa, chłopak jak kryształ, zawsze chętny do pomocy, ustępliwy i łatwy we współżyciu, nigdy nie poskarżył się na swój los.  Nie wiem, czy przeżył.  Wiem, że uratował się Krupiński, student i szczery chłopiec, który chętnie dzielił się swoimi myślami i przeżyciami ponurego dnia.  Tak- że z Bożą pomocą przetrzymał te piekła Zygmunt Sobolewski, student. 

 

Poza wymienionymi spotkałem w Oświęcimiu oficerów i podoficerów z mojego 3 Pułku Strzelców Podhalańskich.  Byli to: kpr. Gradek, sierż. Firganek, st. sierż. Dziedzic oraz ppłk. Józef Stawarz, który mnie zawsze pocie'szał. Z 4 P.S.P. był por. Paulone.  Obydwaj ostatni zostali rozstrzelani już po moim wyjeździe z Oświęcimia.  O innych nie mam żadnych wiadamości.

Spotkałem również kpr. Franciszka Mrowcę z Zakopanego (Kościeliska), którego przedtem poznałem na wojskowych zawodach narciarskich.  Był człowiekiem bardzo szlachetnym i przyjacielskim.  Mieliśmy dużo pięknych przeżyć z życia narciarskiego.  Po jednej z naszych rozmów został wyznaczony na transport z Oświęcimia do Brzezinki, skąd już nie powrócił.

Wiosną 1942 roku, pracując na "Industry Hofie", zauważyłem w suszarni desek, skąd właśnie miałem pobrać materiał na roboty stolarskie, jednego cywilnego robotnika,  którego twarz wydała mi się jakaś swoja.  Po upewnieniu się że nie jestem obserwowany przez SS- manów, zbliżyłem się do niego.  Intuicja nie zawiodła mnie: pochodził z Pietrzykowic.  Poprosiłem go o doręczenie matce listu, który obiecałem mu doręczyć na drugi dzień.  Po tygodniu miałem już odpowiedź.  Robotnicy cywilni mogli wyjeżdżać do swoich rodzin na niedziele.  Rodzina moja przesłała również przez niego paczkę dla mnie.  Był jednak problem, jak odebrać ją od cywilnego robotnika.  Umówiłem się z tym człowiekiem o nazwisku Goły, aby zawartość paczki rozłożyć na małe ilości i w konewkach, które były w całym obozie jednakowe, przenosić do zlewu w stolarni.  On miał przynosić konewkę z czymś, a ja uważając na niego natychmiast podskoczyć do zlewu i wymienić na pustą.  Wkrótce takim przemyślnym sposobem miałem w swojej szufladzie całą paczkę, a więc wędlinę zapiekaną w czarnym chlebie, ciasto i papierosy.  Pech chciał, że w tym czasie ktoś z naszych ludzi ukradł kapowi Puce niewykończone jeszcze pantofle.  Natychmiast powiadomił o tym komandofuehrera Blanke i razem z nim przeprowadził szczegółową rewizję stołów stolarskich.  Kiedy doszli do mojego, serce mi głośno biło.  Na szczęście kapo powiedział, że ja na pewno nie ukradłem mu pantofli, więc nie ma potrzeby rewidowania mojego stołu nr. 37.  Paczka została uratowana. Po skończonej rewizji urządziliśmy sobie ucztę z najbliższymi kolegami, tak że zawartaść paczki została zjedzona.

Na jesieni 1941 roku zaczęły przychodzić do obozu transporty jeńców rosyjskich.  W związku z tym mieszkańców bloku 3, a więc i mnie także, przeniesiono do bloku 10.  Blokowym tam był Polak o nazwisku Skrzypek.  Specjalnością jego była kantrola czystości.  Gdy już leżeliśmy na rzuconych na podłogę siennikach, on sprawdzał nasze buty, ręce i nogi.  Jeżeli ktoś mu podpadł, to wyciągał takiego delikwenta do łazienki i kazał dwóm naszym ludziom szorować go na betonie szczotkami ryżowymi i zimną wodą, czasami aż do krwi.  Gdy miano nas przenieść na blok 21, Skrzypek postanowił nam urządzić specjalne pożegnanie.  Był to bardzo mroźny dzień grudniowy 1941 roku.  Najpierw wygonił nas do kąpieli pod zimne prysznice, następnie pozwolił ubrać buty, pasiaki, płaszcz i czapki, ale nie bieliznę, i kazał nam stać na dworze przed blokiem około dwóch godzin.  Wielu z nas poważnie odchorowało to pożegnanie, nigdy już nie odzyskując całkowitego zdrowia.  Cała ta kąpiel była wyłącznie przeprowadzona dla zaspokojenia sadyzmu blokawego Skrzypka i dla jego dzikiej satysfakcji.

7 sierpnia 1942 roku zostałem wywieziony do Mauthausen, transportem w wagonie bydlęcym zadrutowanym kolczastym drutem.