WYJŚCIE Z OJCZYZNY

 

Po ucieczce z niewoli niemieckiej w listopadzie 1939 r. spotkało się w moim domu rodzinnym małe grono przyjaciół z okresu poza- szkolnego, t.j. por, Antoni Cader, ppor. Kazimierz Baron, ppor. Władysław Trznadel i autor.  Po niedługiej dyskusji na temat sytuacji, która się wytworzyła zaraz na początku okupacji hitlerowskiej naszego kraju, postanowiliśmy nie czekając na aresztowanie pod różnymi pozorami, przedostać się do naszego wojska poza granicami Polski.  Pierwszą próbę przekraczania granicy przeprowadziłem pod koniec stycznia 1940 r. z por. Antonim Cadrem w m. Ujsoły około 15 km. na płd.-zach. od m. Żywiec.  Miałem tam znajomego z wojska p. Maślankę, który po naszym zgłoszeniu się u niego, przedstawił nam niby zaufanego człowieka do wymiany marek niemieckich na korony czeskie.  Myśmy uwierzyli i wszystkie marki niemieckie oddaliśmy do wymiany.  Czekaliśmy dwie doby ukryci u p. Maślanki, człowiek z koronami nie wrócił, my natomiast bez grosza w kieszeni z żalem w sercu wrócili do Pietrzykowic.  Drugą próbę tego niełatwego postanowienia przyśpieszyła wiadomość, że mój znajomy st. sierż. Józef Fijak przeszedł granicę szczęśliwie.  Moich trzech kolegów oświadczyło, że ze względów rodzinnych nie są jeszcze gotowi do takiej podróży.  Oświadczyłem, że dłużej czekać nie będę.  Matka nie oponowała, przeciwnie mówiąc: "Synu, jeżeli uważasz, że twoje kroki są słuszne, to ja cię nie zatrzymuję.  Niech cię Bóg ma w swojej opiece".  Wzruszony głęboko ucałowałem tę twarz, która z takim uczuciem zawsze się na nas patrzyła, i spracowane ręce, które nas nosiły.  Brat, biedny kaleka, przeczuwał, że coś się święci, choć nie mógł zrozumieć, o co chodzi, i tylko wielkie łzy spływały mu po policzkach.  Helę i Nastkę prosiłem, aby opiekowały się matką i bratem, jak mnie nie będzie.  Uścisnąłem, ucałowałem wszystkich serdecznie i mocno, i 6 lutego 1940 roku wyszedłem z domu.

 

Udałem się w stronę Żywca drogą t. zw. "Cesarską", którą znałem od dziecka i wszystkie dochodzące do niej gminne i polne dróżki.  Znałem i te przydrożne figurki, co w czasie śnieżnych zawiei i nocnych huraganów stały na straży przechodniów.  Ta pierwsza na "Ciurlowych polach" cała z okrągłego kamienia z wnęką u góry, w której spoczywał "Chrystus Frasobliwy", miała dla swojej ochrony dwie lipy po bokach.  Dalej, w odległości ok. 1 km., był na drewnianej rzeźbionej podstawie "Chrystusa w milczeniu dźwigającego Swój Krzyż" w płaskim oszklonym sześcianie.  Wreszcie przy drodze do Lipowej stał krzyż z okrągłego drzewa z Chrystusem Ukrzyżowanym, od góry osłonięty szerokim pasem z blachy cynkowej,  a z boków czterema jesionami.  Droga ta prowadziła przez zachodnią stronę kotliny Żywieckiej, która powstała jako zapadlisko w okresie tworzenia się Karppat.  Miasto Żywiec ~było widoczne jak na dłoni z wieżami kościołów Farnego, Św. Krzyża, oraz Św.. Marka, z kominami żywieckiej fabryki papieru "Solali", śrub "Sporysz", fabryki maszyn i odlewni "Lechia", cegielni, garbarni, no i sławnego nieco zasłoniętego z prawej strony Browaru Żywieckiego.

Ziemię Żywiecką otacza od zachodu wał Beskidu Śląskiego, wspaniale widoczny z Żywca, ze szczytami: Baraniej Góry (1214 m.) matki naszej Wisły, Malinowskiej Skały (1150 m.), i dominującym nad Kotliną Żywiecką szczytem Skrzecznej (1250 m.); od południowo-wschodniej strony jest Beskid Zachodni z Pilskiem (1557 m.), Romanką (1366 m.), Lipowską (1324 m.), i z centralnym szczytem Babią Górą (1725 metrów); od północy zaś rozłożony jest masyw Beskidu Małego.

Zal mi było odchodzić od tej ukochanej ziemi, na której jako wolny człowiek spędziłem swoją młodość , ale obowiązek Polaka nakazywał iść tam, gdzie jest możliwość dalszej walki w oddziałach Wojska Polskiego.  Noc spędziłem w mieszkaniu pani Fijak, gdzie czekał na mnie przyszły towarzysz przeprawy.

Następnego dnia poszliśmy we dwójkę na stację kolejową Sporysz, gdzie po kupnie biletów wsiedliśmy do pociągu jadącego w kierunku Nowego Targu.  Dojechaliśmy bez przeszkód, a następnie szliśmy pieszo do m. Białki przez, którą płynęła rzeka o tej samej nazwie, położonej około 20 km. na poł. od Nowego Targu.  Po linii tejże rzeki przebiegała wówczas granica między t.zw. Generalną Gubernią a Słowacją.  Przed samą miejscowością Białka zatrzymaliśmy się, aby nie wpaść w ręce patrolu niemieckiej straży granicznej.  Po upewnieniu się, że nie ma nic podejrzanego, odnalazłem zagrodę gospodarza o nazwisku Duc.  Śmiało weszliśmy do środka, gdzie zastaliśmy całą rodzinę.  Gospodarzowi krótko przypomniałem, że w 1938 roku nasz pułk 3 P.S:P. z Bielska ~był tutaj na obozach letnich, a teraz chcemy z jego pomocą przedostać się do wojska polskiego tą samą drogą, co st. sierż. J. Fijak.  Zrozumiał, o co chodzi.  Jego żona ugościła nas tym, czym mogła, a więc plackami z razawej mąki pieczonymi na piecu i gorącym słodkim mlekiem.  Uzgodniliśmy, że zaraz chcemy iść dalej, jak tylko zdążymy wymienić niemieckie marki na czeskie korony.

Dnia 8 lutego, krótko przed północą, córka gospodarza sprawdziła upatrzony odcinek granicy, czy patrol graniczny już przeszedł, była cisza, czas w drogę.  Podziękowaliśmy więc całej rodzinie za okazaną nam pomoc i wyruszyliśmy.  Noc była spokojna i niezbyt ciemna.  Snieg nie duży i był raczej szreniowaty.  Dziewczyna - nasz przewod-nik doprowadziła nas do pasa granicznego, gdzie rzeka Białka była wąska i miejscami pokryta lodem.  Jeszcze raz słowa pożegnania do przewodnika aby: "Wszyscy byli zdrowi i przy dobrej myśli", górą żegnał nas lekki szum leśnych drzew a dołem zimny śnieg prószył z gałązek świerkowych i sosny, gdy były wzruszone naszą nieuwagą.  Przeszliśmy na drugi brzeg Białki.

Z tą chwilą została za mną młodość, kształtowana przez okres międzywojenny, a spędzana we własnej, niepodległej Ojczyźnie.  To była Polska Wolna, która po 123 latach niewoli odbudowywała się w każdej dziedzinie przy dobrej współpracy wszystkich jej lojalnie myślących obywateli, w której od 1918 roku cały naród. wziął na swoje barki ciężar odbudowy własnego samodzielnego państwa.   Treść i formy ówczesnego życia polskiego, własna polityka, kształtowały się z dostosowaniem do położenia geograficznego i ludzi stojących na czołowych stanowiskach w tym okresie.

Na temat dwudziestolecia międzywojennego w Polsce i poza jej granicami słyszy się wiele krytycznych uwag.   Nikt jednak i nic nie może umniejszyć faktu, jak ważnym było istnienie własnego państwa.  W rzeczywistości spełniło ono ważne furnkcje narodowe.  Bez tego dwudziestolecia międzywojennego Polski nie sposób sobie dziś wyobrazić naszej świadomości narodowej, naszego poczucia polskości opartego na posiadaniu własnego państwa.  Klęski i katastrofy, którymi zakończyło się to dwudziestolecie międzywajenne nie mogą i nie powinny przekreślić ogólnonarodowych wartości tego okresu.  Zdawałem sobie sprawę, że droga, jaką wybrałem, nie jest łatwa ani prosta, ale w sercu tlił płomyk nadziei, że wojna nie jest skończona.  Na każdym z nas, zdolnym do walki, ciążył obowiązek wzięcia na swoje barki cząstki nieszczęść, które spadły na nasz Kraj.  Pozostanie w kraju uważałem za ryzykowne rozumując, że za granicą będę bardziej w stanie wypełniać złożoną ongiś przysięgę żołnierską.

Od pasa granicznego oddalaliśmy się szybko.  Doszliśmy do m. Jurgów po stronie słowackiej.  Staraliśmy się omijać okolice zaludnione.  Około południa wstąpiliśmy do przydrożnej restauracji, której właścicielem był Żyd.  Poprosiliśmy o kawę, którą piliśmy jedząc jeszcze nasz polski chleb.  Właściciel nie chciał przyjąć zapłaty za kawę, więc podziękowawszy mu ruszyliśmy w dalszą drogę na południe.  Gdy przeszliśmy około 25 km. zaczynało się ściemniać i poczuliśmy zmęczenie.  Byliśmy akurat przy osiedlu cygańskim.  Bardzo ubogie domki miały jedną izbę, jedno okienko i glinianą podłogę.  Weszliśmy do jednego z nich.  Cyganie chętnie odstąpili nam miejsca przy stole, na którym bez naszej prośby postawili ugotowane ziemniaki w glinianej misce, a w drugiej jakiś biały płyn o mlecznym smaku.  Nie chcąc ich urazić jedliśmy.  Jeden z Cyganów podał nam słowacką gazetę prosząc, abyśmy ją czytali głośno.  Większość artykułów mówiła o wrześniowych wydarzeniach w Polsce.  Zapytywali nas, czy to wszystko prawda.  Potwierdziliśmy wszystkie wiadomości dodając, że i my braliśmy udział w tych wydarzenia.  Spaliśmy we dwoje na jednym łóżku ustąpionym nam gościnnie przez cygańską rodzinę, która tę noc spędziła na słomie rozłożonej na glinianej podłodze.  Śniadanie nasze składało się z kupionych bułek, wędliny z Polski, oraz kawy zgotowanej przez Cyganów.  Za nocleg i gościnność podziękowaliśmy, i średnio wypoczęci ruszyliśmy w dalszą drogę.  Był to drugi dzień naszej wędrówki przez Słowację.  Około godz. 16 zbliżyliśmy się do granicy słowacko-węgierskiej w rejonie Rożnowa.  Na skraju tej miejscowości spotkaliśmy żywo rozmawiającą grupę mężczyzn.  Próbowaliśmy wyminąć ich, ale jeden z nich zwrócił się do nas i kazał nam pójść z nim do pobliskiego domu.  Po wejściu do środka ubrał bluzę policyjną oświadczając nam, że jest policjantem i aresztuje nas, gdyż otrzymał polecenie zatrzymywania wszystkich podejrzanych osób w pasie granicznym.  Zaprowadził nas do aresztu.  Na drugi dzień rano jakiś cywil przyniósł nam do celi około 300 gr. czarnego chleba, 50 gr. czerwonej kiełbasy oraz pół litra czarnej kawy.  Wkrótce powrócił, aby nas zaprowadzić do biura znajdującego się na górze w tym samym budynku.  Za stołem siedziało dwóch cywili, którzy dość obcesowo zapytali o naszą narodowość i cel przebywania na tym terenie.  Odpowiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami i szukamy pracy.  Odprowadzono nas z powrotem do celi.  Po pewnym czasie przyszedł policjant i oświadczył nam dość grzecznie, że ma rozkaz odtransportowania nas pociągiem do polskiej granicy.  Eskortowani przez policjanta maszerowaliśmy do pociągu, w którym usiadłem obok swojego towarzysza niedoli, a naprzeciw usiadła nasza eskorta.  Szepnąłem do sąsiada, że będę uciekał, bo im nie wierzę, ale on dał mi ręką znak, że nie ma ochoty próbować nawet.  Postanawiłem ryzykować sam.  Wstałern i oznajmiłem policjantowi, że muszę wyjść za potrzebą osobistą.  Policjant odprowadził mnie do drzwi ubikacji, które zamknąłem za sobą i prędko otworzyłem okno i wyskoczyłem w biegu pociągu.  Było już ciemno, może około godz. 21.  Nie pamiętam, jak długo leżałem nieprzytomny.  Gdy się wreszcie ocknąłem, twarz, dłonie, łokcie i kolana miałem pokaleczane, i było mi bardzo zimno.  Głową i szczękami nie mogłem poruszać.  Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy z tego, gdzie jestem i co tu robię.  Gdzieś w dali ujrzałem jakieś światełko.  Skupiwszy wszystkie siły, myśli i wolę dźwignąłem się z ziemi i powlokłem się w kierunku światełka.  Był to dom.  Zapukałem do okna.  Jakiś mężczyzna otworzył drzwi i coś mówił, ale widząc, że nie odpowiadam i jestem w tak opłakanym stanie i krwawię, wezwał ambulans.  W szpitalu umyli mnie, pozaszywali cięcia i opatrzyli, oraz pozwolili pozostać do rana w szpitalnym łóżku.  Rano zaniesiono mnie do biura, gdzie znów pytano o narodowość, w jaki sposób tak zostałem pokaleczony i czy mam pieniądze na opłacenie kosztów szpitala.  Odpowiedziałem, że pieniędzy nie mam, jestem Polakiem, a pokaleczyłem się przy wyskoczeniu z pociągu, którym jechałem z obozu jeńców w Komarno, bo słyszałem pogłoskę, że policja niemiecka wszystkich  takich powracających odsyła na roboty do Niemiec.  Po wysłuchaniu mojej zmyślonej historii człowiek za biurkiem oświadczył, że nie mogą trzymać mnie w szpitalu, więc będę oddany policji słowackiej, która odstawi mnie do polskiej granicy.  Cóż mogłem zrobić nie mając sił do dalszej ucieczki.  Nie zamknęli mnie w celi więziennej, a tylko krótko przetrzymali w biurach więziennych.  Rodziny policjantów ofiarowały mi smaczne pieczywa i owoce, ale musiałem za nie podziękować, gdyż nie byłem w stanie ruszać szczękami.

Przesłano mnie przez więzienia w :m. Dopsina, Nowa Spiska Wieś aż do m. Preszów, który był punktem zbornym dla tych, których policja słowacka przyłapała na chęci nielegalnego przekroczenia granicy.  Trzeba przyznać, że Słowacy z całą sumiennością spełniali wiernie zarządzenia zatrzymywania podejrzanych na terenie pasa granicznego i przekazywania ich hitlerowskiemu systemowi terroru. W celi więziennej w Preszowie było nas około 30.  Z nimi to właśnie było mi przeznaczone przechodzić drogę wypełnioną poniżeniem, okrucieństwem i gwałtem.  Z Preszowa przewieźli nas pociągiem do m. Muszyna, pierwszej stacji kolejowej na terenie Polski.  Tam wysiedliśmy i zaczęła się kontrola dokumentów.  Ci, co ich nie mieli, albo też nie podobali się SS-manom, zostali skierowani pod ścianę budynku stacyjnego i ustawieni twarzą do ściany z rękoma podniesionymi.  Ci zaś, których dokumenty były w porządku, mogli wrócić do pociągu, którym odjechali w głąb Polski.  Ja się znalazłem w grupie stojącej pod ścianą.  Zapędzono nas do budynku, w którym spisano personalia, przeprowadżono rewizję zostawiając nam tylko ubranie i bieliznę.  Po takim powitaniu zaprowadzono :nas do więzienia, które znajdowało się w szkole powszechnej w m. Muszyna.  Sale szkolne zostały zamienione na cele więzienne.  Jakieś sienniki, stare koce i stare płaszcze były jedynym wyposażeniem cel.  Otrzymywaliśmy jedzenie przygotowywane i rozdzielane przez Komitet Obywatelski Pań Opieki nad Więźniami Politycznymi w Muszynie.  Oczywiście rozdział jedzenia odbywał się pod czujnym nadzorem SS-manów.  Otrzymaliśmy chleb, kasze gotowane z kawałkami mięsa, kawę lub herbatę.  W tym miejscu wyrażam podziękowanie tym paniom za ich pełną poświęcenia pracę, która nas wtedy bardzo podtrzymała na duchu.  W trzecim dniu pobytu w więzieniu - Niemiec w cywilnym ubraniu wywołał moje nazwisko i zaprowadził mnie na przesłuchanie do willi "Helin".  Przesłuchiwał mnie gestapowiec w asyście cywilnego tłumacza.  Zapowiedzieli mi, że przez mówienie prawdy mogę uniknąć przykrości, gdyż moje pokaleczenie będzie wzięte pod uwagę.  Powtórzyłem tę samą zmyśloną historyjkę, jaką opowiedziałem policji słowackiej, t.j. że wracałem do Polski z obozu jeńców Komaran - Węgry, z pociągu wyskoczyłem w obawie przed transportem na roboty do Niemiec.  Gestapowiec wziął do ręki niedużą książkę i spoglądając na mnie zaczął zadawać pytania.  Chciał wiedzieć, jak się nazywał komendant obozu, jakie były bloki, ilu nas tam było, jaki żołd otrzymywaliśmy.  Kiedy odpowiadałem mętnie, trzasnął książką o biurko i pokazując na 'kij, pręt żelazny, kajdanki i powróz ostrym tonem zapowiedział, że te przyrządy zmuszą mnie do mówienia prawdy.  Mówi więc, że szedłem do Wojska Polskiego poza granicami, ale chce wiedzieć z kolei, kto mi udzielał informacji, jak iść, kto mi dał pieniądze na drogę, kto wiedział o rnojej wyprawie?  Rad nie rad musiałem zmienić moje opowiadanie.  Zgodnie z prawdą powiedziałem, że te tereny znałem prawie od dziecka, pieniędzy nikt mi nie dawał i nie miałem ich, a o mojej wyprawie wiedziała tylko moja matka.  Kilkakrotnie pytał, co się stało z uzbrojeniem i sprzętem wojskowym w chwili zakończenia kampanii wrześniawej.  Odparłem, że zgodnie z otrzymanym rozkazem broń i sprzęt zakopałem.  Oczywiście chciał wiedzieć, gdzie to było? Wiedziałem, że Niemcy okupują tereny Polski na zachód od rzeki San, więc odpowiedziałem, że wszystko zostało zakopane na wchód od Sanu w rejonie Tomaszawa Lubelskiego.  Na tym zakońezył przesłuchanie.  Tłumacz objaśnił, że będę zamknięty na jeden rok w obozie koncentracyjnym, a gestapowiec podał mi do podpisu pismo maszynowe w języku niemieckim.  Kiedy już byłem w Oświęcimiu, to wezwali mnie raz jeszcze na przesłuchanie w "Politisch Abteilung", ale ponieważ moje zeznanie pokrywało się z pierwszym, więc dano mi spokój.

Pod koniec lutego 1940 roku około 50 nas przewieziono dwoma autobusami do Nowego Sącza.  Przed odjazdem otrzymaliśmy tylko normalną kawę, a niektórym z nas zwrócono rzeczy odebrane przy aresztowaniu.  W Nowym Sączu ustawiono nas na korytarzu twarzą do ściany i rękami do góry i tak trzymano nas około 5 godzin.  W tym czasie ponownie sprawdzali nasze personalia i odbierali rzeczy osobistego użytku.  Następnie po 10 - 15 wprowadzono nas do cel więziennych, w których już byli tacy przestępcy jak my - granicznicy.  W celach zastaliśmy wolne łóżka z siennikami wypchanymi słomą, w których masowo gnieździły się wszy.  Sienniki służyły nam również do przykrywania się w nocy, bo najnowsza kultura hilterowska nie raczyła ofiarować nam w więzieniu nowo-sądeckim koców. Strażnicy więzienni często wypędzali nas z tych zawszonych sienników, bijąc przy tym pękiem kluczy po głowie i po plecach, pod pozorem rzekomych szmerów podkopów.  Wybiegaliśmy boso i w bieliżnie, gdyż zawsze działo się to między godz. 24 i 1-szą w nocy.

Na początku maja 1940 roku zwrócono nam rzeczy odebrane przy rewizjach i przewieziono autobusami do Tarnowa.  Tam trzymano nas do wieczora na dziedzińcu więziennym.  Po sprawdzeniu nazwisk i odebraniu przedmiotów osobistego użytku zostałem wepchnięty do pojedyńczej celi, której umeblowanie składało się z łóżka z cienkim siennikiem i kocem, przymocowanego do muru w ciągu dnia, ustęp z wodą, małe okienko z kratą i "judasz" w drzwiach.  Ten okres samotności był dla mnie najgorszym.  Na szczęście po dwóch tygodniach zostałem przeniesiony do celi zbiorowej nr. 21.  Było nas tam około 30, prawie wszyscy znajomi ze Słowacji, Muszyny i Nowego Sącza.  Życie w tej celi mieliśmy bardzo urozmaicone.  Rano i wieczorem odmawialiśmy wspólnie modlitwy i śpiewaliśmy "Pod Twoją Obronę".  Po śniadamiu, czyli po wypiciu kubka czarnej kawy obowiązkowo przeprowadzaliśmy odwszanie, a następnie odbywała się nauka: historii, literatury, matematyki, oraz dyskutowane były sprawy bieżące czyli niemieckie komunikaty wojskowe.  Rodzina braci Tadka i Zenka Wojciechowskich z Tarnowa dostarczała im przez straż więzienną gazety i paczki żywnościowe, z których to dobrodziejstw korzystali wszyscy mieszkańcy celi nr. 21.  Często wywoływano niektórych z nas po nazwisku, co znaczyło dla nich pożegnanie się z życiem.  Wpychani kolbami przez SS-manów do krytego samochodu ciężarowego byli wywożeni do lasu, skąd już się nigdy nie wraca.  Później dowiedzieliśmy się, że zostali rozstrzelani za posiadanie broni w czasie próby przekraczania granicy.  Z tego też więzienia wysłałem "gryps" do domu rodzinnego z prośbą o paczkę żywnościową.  Niestety, mój vwjek Józef Kasiński przybył do Tarnowa ale mnie tam już nie zastał.

Dnia 13 czerwca 1940 roku, zaraz po wydaniu nam zupy obiadowej z krzykiem "Alles heraus! Alles heraus!" wyganiono nas na dziedziniec więzienny, zwrócono rzeczy osobistego użytku i krytymi ciężarówkami przewieziono nas do łaźni-bóżnicy w Tarnowie.  Tam każdy z nas przeszedł zimny prysznic, a następnie został "obdarowany" chlebem w ilości około 600 gr., 3 / 4 litra gotowanej kaszy z kawałkiem mięsa. oraz około 50 gr. margaryny.  Żywność tę dostarczył Komitet Obywatelski Pań Opieki nad Więźniami Politycznymi w Tarnowie.  Wyrażam tym Paniom serdeczne podziękowanie za ten Ich piękny uczynek, nigdy przez nas nie zapomniany.  O spaniu w ciągu nocy nie mogło być nawet mowy z braku miejsca.  Spędziliśmy ją siedząc grupkami na zimnej podładze dzieląc się wrażeniami z ostatnich przeżyć w aresztach słowackich, rozmyślając, czy też dyskutując nad ostatnimi wiadomościami z frontu niemieckiego, oraz zastanawiając się gdzie nas teraz wiozą.  Odpowiedzi na to pytanie nikt z nas nie mógł przewidzieć, gdyż o "piekle oświęcimskim" nikt jeszcze nie wiedział, a od SS-manów nie próbowaliśmy nawet czegoś się dowiedzieć, bo nie było możliwości zbliżenia się do nich.  Tak nam przeszła ostatnia noc przed podróżą w nieznane.

14 czerwca 1940 roku, wcześnie rano cały nasz transport w ilości 728 ludzi został ustawiony piątkami i pod silną eskortą poprowadzony na dworzec kolejowy w Tarnowie.  Maszerowaliśmy ulicami w ten chmurny ranek, a ludzie zaskoczeni tak wczesnym marszem podchodzili do okien, do których SS-mani zaraz strzelali.  Widocznie nawet patrzenie na nas zagrażało istnieniu hitlerowskiej władzy!  Na stacji załadowano nas do wagonów osobowych, było dość miejsca.  Wszystkie okna i drzwi wagonów były obstawione przez SS-manów z "rozpylaczami".  Pociąg ruszył, a my usiłujemy myślą wyprzedzić czas i odgadnąć, dokąd jedziemy?  Około południa pociąg zatrzymał się w Krakowie, gdzie został przetoczony na linię Dziedzice-Kraków.  Jadąc w kierunku zachodnim zatrzymał się na stacji o nazwie "Auschwitz". Ktoś po chwili wypowiedział "Oświęcim"...