ZAOLZIE – MOBILIZACJA – WRZESIEŃ 1939

We wrześniu 1938 roku pułk nasz przekroczył rzekę Olzę.  Nie spotkaliśmy zbyt wiele owacji.  Tam, gdzie była większość ludności pochodzenia polskiego, były uśmiech, łzy i kwiaty.  Tak było w Suchej Górnej, Dolnej i Sredniej.  Natamiast w Pietwałdzie czoło naszego pułku napotkało żywą barykańę z kobiet czeskich, które wraz z dziećmi polożyiy się na drodze.  Podniosły się i płacząc odeszły dopiero po interwencji czeskich oficerów, którzy byli obecni przy opuszczaniu terenu.

 

Bardzo przykry był dla mnie widok tych placzących kobiet i dzieci ustepujących nam z drogi.  Maszerowałem jako żołnierz, wypełniając rozkaz przełożonych.  Po objęciu całego Zaolzia, na terenie stacjonowania naszego pułku grasowaly czeskie bojówki rzucając granaty do wszystkich nowo-organizowanych polskich placówek.  Najagresywniejsi byli w m. Pietwald, gdzie ludność czeska stanowila większość.

 

Według mojego zdania zajęcie Zaolzia nie przynioslo Polsce żadnych korzyści.  Chociaż dotychczasowe stosunki z Czechami nie ukladaly się najlepiej, to jednak wkroczenie Wojska Polskiego na te tereny pogłebiło tą niechęć i zamknęło na długo drogę do lepszego sasiedzkiego współżycia między naszymi dwoma narodami.  A wielka szkoda.  W ciągu dwudziestolecia naszej niepodleglości nie zdążyliśmy wraz z innymi narodami Środkowej Europy stworzyć silnej unii, która potrafilaby się przeciwstawić rozbudowyjącym się militarnie Niemcom na zachodze, a Rosji komunistycznej na wschodzie.  Państwa środkowo - europejskie były zaabsorbowane swoimi wewntrznymi trudnościami, a zbyt malo uwagi zwracały na to, co się dzieje na terenach tych dwóch agresorów, nie doceniając, że stawką będzie ich własna niepodległość, którą mogą utracić, i to na długo.  A Niemcy hitlerowskie i Rosja komunistyczna nigdy nie zrezygnowały z podboju Europy zbrojąc się potajemnie.  Zorganizowanie takiej unii państw w sercu Europy, poczynając od Jugoslawii na południe poprzez Węgry, Bułgarię, Rumunię, Czechoslowację, Polskę Litwę, Lotwę i Estonię na północy, stworzyłoby siłę zdolną oprzeć się agresorom, zdolną bronić swojej niepodległości, siłę, z którą musialyby się liczyć zachodnie mocarstwa.  Nie byłaby to rzecz łatwa do przeprowadzenia, ale jedyna zabezpieczająca wolne narody przed zachłannością hitlerowską i komunistyczną.

 

Dwa bataliony naszego pułku pod dowództwem płk Czubryta powróciły w lutym 1939 roku do garnizonu w Bielsku.  III batalion w stanie wojennym, którym dowodził wtedy ppłk. Iwaszkiewicz, pozostal w malej twierdzy Bogumin w celu zabezpieczenia fabryk, kopalń i olbrzymiego dworca kolejowego.  Będąc bardzo blisko granicznych placówek niemieckich, batalion ten był narażony na różne akty terrorystyczne i prowokacje niemieckie.  Mimo to ani jeden strzał nie padł ze strony polskiej.  Batalion wykonywał rozkaz najwyższych władz wojskowych Polski.  Wojny nie zacząl.  Tak jak wszystkie prowokacje hitlerowskie w Boguminie nie daly :rady III batalionowi P.S.P., tak samo i na innych odcinkach nasz żołnierz zachowal zimną krew, aż do czasu kiedy wojska hitlerowskie skierowaly swą godną politowania akcję na radiostację Gliwice, czym rozpętały Drugą Wojnę Swiatową.

 

Zołnierz polski pięknie wpisał się na karty historii Ojczyzny.  Nie sposób nie wspomnieć o zwycięskiej bitwie świata o Warszawę w 1920 roku, kiedy to Polska sama jedna oparła się nawale bolszewickiej, chroniąc przed nią resztę Europy na prawie 20 lat.

 

Żołnierz polski wkroczył ponownie na tereny Czechoslowacji w 1968 roku, wraz z innymi wojskami Paktu Warszawskiego na rozkaz Moskwy pod pretekstem, że Czechostowacja chce się wylamać spod rozporządzeń Paktu Warszawskiego.  Trudno powiedzieć, co by się stało, gdyby rząd warszawski odmówił wysłania swoich wojsk na teren Czechoslowacji.  Jedno jest pewne, że te dwa narody bardziej zbliżyłyby się ku twórczej współpracy w kierunku gospodarczym i politycznym.  A tak my, Polacy poza granicami, często się musimy nasłuchać od Czechów i Słowaków gorzkich uwag o naszej zaborczości wobec nich.

 

Po obozach letnich w Białce pod Nowym Targiem, wielkich manewrach na Wołyniu, ostatniej defiladzie przed Naczelnym Dowództwem Wojska Polskiego w Łucku 1938 r., po Zaolziu, w pułku gorączkowo porządkowano, magazyny, a w pododziałach było mnóstwo pracy.  Na terenie Bielska-Białej stosunki polsko-niemieckie ulegały gwałtownemu pogorszeniu.  Niemcy używali głośno swojego języka w miejscach publicznych i na ulicy.  Był wypadek, że uczeń masarski zwierzyl się swojemu koledze, że jego majster - wlagciciel dużego sklepu w rynku, ma ciężki karabin maszynowy.  Policja przeprowadziła rewizję i po znalezieniu ckm-u aresztowala wlaściciela.  Polskie władze tolerowały wiele wybryków ze strony przedstawicieli mniejszości niemieckiej.  Młodzież niemiecka nosiła swoje stroje, w schroniskach narciarskich wywieszała flagi ze swastyką i t.p.

 

Po powrocie z Zaolzia nasz pułk wraz z robotnikami cywiInymi i hufcami pracy rozpoczął intensywnie budowę schronów żel-betonowych dla ckm. i działek ppanc.  Pracowano w bardzo szybkim tempie.  Budowano zasieki przeciwczołgowe, wycinano stare piękne drzewa, które mogłyby przeszkadzać w obserwacji w polu przyszłych walk.  Przy tych pracach wojsko spożywało obiady w terenie, wracając do koszar dopiero na godzinę 21-szą.

 

Z chwilą ogłoszenia częściowej mobilizacji zostałem mianowany dowódcą plutonu 202 Pułku mobilizowanego przez 3 Pułk Strzelców Podhalańskich.  Przydzielono mi 4 strzelców slużby czynnej jako zaIążek plutonu.  Wszelkie potrzebne instrukcje dotyczące mojej funkcji otrzymałem na piśmie od kpt. Nowobilskiego, oficera mobilizacyjnego, i od por. Badowskiego dowódcy całości plutonów Iączności.  Doszlo 41 rezerwistów.  Pluton, liczący w dniu wymarszu na front 45 ludzi, zostal zorganizowany w ciągu 3 dni.  W czasie mobilizacji kwaterowaliśmy w zachodniej części m. Stare Bielsko. Wobec grożącego niebezpieczeństwa wybuchu wojny szybko zawiązywaly się znajomości i przyjaźnie. Każdy z podoficerów urządzał kolejno na swój koszt wspólną kolację, którą kończyliśmy odśpiewaniem Roty.

 

W toku pracy mobilizacyjnej, która wymagała na każdym kroku mojej obecności, nie byłem. w stanie wpaść do domu, do Pietrzykowic.  Rodzina to rozumiała, matka z Helą odszukaly mnie.  Spędziliśmy wtedy dłuższy czas na rozmowie w ogrodzie obok naszej kwatery mobilizacyjnej.  Naradzaliśmy się, jak ma rodzina postąpić?  Czy mają pozostać w domu?  Czy iść razem z naszym wojskiem?  Ja im stanowczo odradzałem opuszczanie domu.  Podjąłem swoje oszczędności z P. K. 0. i oddałem matce na zakup węgla i żywności.  Nadeszła chwila rozstania.  Matka i siostra proszą mnie, abym się codziennie modlil do swojego patrona.  Całuję spracowane ręce matki, ściskam mocno siostrę.  Odeszli.  Odprowadzając je wzrokiem czułem, że zamyka się jeszcze jeden okres mojego życia.  Cała przeszłość przebiega jak  w filmie przed moimi oczyma.

 

Wraca rzeczywistość.  Trzeba sprawdzić działanie aparatów telefonicznych AP-32, amunicji.  Kilku rezerwistów ma jeszcze przy sobie cywilne ubrania.  Radzę im oddać je na przechowanie do jednego Polaka w Starym Bielsku, gdyż koszary mają być całkowicie opróżnione.

 

Następnego dnia znów mam gościa.  Przychodzi Maryśka Fijak.  Narzeka, że już drugi raz jest w Starym Bielsku i nie może mnie odnaleźć.  Dopiero matka moja objaśnila ją, jak do mnie trafić.  Siedzimy w centrali telefonicznej, z której nie mogę odejść.  Obojgu nam jest przykro, gdyż zdajemy sobie sprawę, co znaczy wojna.  Nie pozwolą nam. gospordarzyć we własnym kraju, obrabują z wolności, narzucą swoje "p,rawa" wraz z upokorzeniem.  Prosiłem. Maryśkę, aby była w kontakcie z moją matką.  Na pożegnanie ofiarowała mi medalik Mali Boskiej Częstochowskiej.  Uścisnąłem ją mocno i ucałowałem.  A potem motocyklista z plutonu odwiózł ją na stację kolejową.

 

W ostatnią niedzielę sierpnia nowozorganizowany 202 pułk piechoty złożył przysięgę na polach obok kościólka w Starym Bielsku.  Przysięgę odebrał ks. pol. ppłk. Miodoński.

 

W czwartek, 31 sierpnia, kolo godz. 15, nasz 202 pułk pod dowództwem ppłk. Piwnickiego wyruszył do m. Wapiennica, okolo 5 km. na południowy zachód od Bielska.  Pluton łączności zakwaterował się w wilii lekarza zdrojowego.  Przeprowadziliśmy połączenia do trzech batalionów i do dowództwa dywizji.  Dowódcą 21 D.P.G. był gen. Józef Kustroń, a dowódcami batalionów mjr. Drabik, kpt. Szczerbaniewicz, oraz major z 4 P.S.P. z Cieszyna.  Ulożyłem się do spania obok łącznicy.  Nad ranem dyżumy telefonista woła mnie do telefonu, gdyz wzywają do odebrania pilnego meldunku. Treść tą pamiętam do dzisiaj:

 

"Na odcinku Pruchna - Zebrzydowice nieprzyjaciel w sile około

40 czołgów przestąpił granicę o godz. 3.45.  Kompania zwiadowców

pieszych wycofuje się w kierunku wschodnim. 

                    Ppor. Włudyka, D-ca komp. Zwiad. Piechoty".

 

Natychmiast zostal wysłany goniec do d-cy pułku.  Przypomniałem dyżurnemu telefoniście o częstej kontroli wszystkich połączeń prowadzących do naszej centrali.  Niedługo jednak po otrzymaniu meldunku ppor. Włudyki przyszedł rozkaz wymarszu w kierunku zachodnim na m. Skoczków.  Zainstalowaliśmy centralę telefoniczną w tamtejszej szkole powszechnej, ale nie na długo, gdyż po południu wycofaliśmy się do m. Grodziec.  Znów organizujemy centrale w malym domku na polance przy szosie Bielsko-Cieszyn.  I batalion był wysunięty aż na wysokość m. Bucze, II batalion zajął wzgórze okolo 300 m. na północ od m. Grodziec, III batalion zaś wydłużał prawe skrzydlo II-go. Tam dołączyła do naszego plutonu biedka z radiem RKD -I koń i dwóch ludzi obsługi.  Około godz. 15 nad m. Grodziec zaczęły krążyć 2 zwiadowcze samoloty npla.  Nie było blisko nas żadnego działka ppanc.  Po 20 minutach otrzymaliśmy nasz chrzest bojowy od artylerii niemieckiej, która strzelała wzdłuż wszystkich dróg czy to asfaltowych, czy też zwyklych żwirowych.  Na naszą polankę padło kilka pocisków, ale dzięki dobremu wyborowi miejsca na centralę telefoniczną nie poniegliśmy szkód..  Specjalnie chroniliśmy aparat d-cy pułku, aby działał bez przerwy.  Plut. Fajks z plutonu pionierów przejeżdżal' konno w kierunku Skoczowa.  Po uplywie pół godz. dowiedziałem się że zginął..  Jadąc, trzymał w ręku materiał wybuchowy do wysadzania mostów i tworzenia zawał przeciwpancernych. Wybuch artyleryjskiego pocisku kolo niego spowodowal eksplozję materiału w jego ręku rozszarpując go na miejscu.  Został pochowany na cmentarzu w Grodżcu.

 

Noc z 1-go na 2-gi września przeszla na naszym odcinku spokojnie, jeśli chodzi o zachowanie się npla.  Natomiast przechodziło koło naszej centrali wielu gońców, podoficerów i oficerów w poszukiwaniu swoich oddziałów.  Żal się czlowiekowi robiło widzac tych ludzi, chcących dołączyć do swoich oddziałów, a nikt nie był w stanie dowiedzieć się czegoś pewnego, gdyż nasze oddziały przychodziły i odchodziły ciągle.  Nad ranem otrzymaliśmy rozkaz zwinięcia wszystkich połączeń i maszerowania w kierunku Bielsko-Kąty-Andrychów.  Ja otrzymałem specjalne zlecenie, abym wraz z patrolem centralnym nie odstępował od dowódcy 202 pułku.  Na czas marszu przekazałem dowództwo kpr. Bierońskiemu. Załadowaliśmy sprzęt telefoniczny i wyruszyliśmy w wyznaczonym kierunku.  Na 2-tonowym samochodzie ciężarowym marki Chevrolet była jeszcze beczka benzyny i kilka walizek.  Do Bielska dotarliśmy okolo godz. 22-giej.  Jakoś inaczej wyglądało nam to miasto, które przecież znaliśmy tak dobrze.  Nieliczni przechodnie na ulicach robili wrażenie wylęknionych.  Ppor. Michal Weber, adiutant 202 pułku, zaproponowal udać się do Baru Żywieckiego na ulicy 3-go Maja, nad tunelem kolejowym  W pustym barze urzędował jedynie pijany wlaściciel.  Ppor. Weber wyszedł na miasto, aby pożegnać się ze znajomymi, a my jedliśmy jakąś zimną przekąskę zakrapianą przez niektórych piwem lub kieliszkiem wódki.  Po powrocie ppor. Webera wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku Kąt.  Przy przejeździe przez Bielsko trzeba było być jednak przygotowanym na niemiłe niespodzianki ze strony niemieckich mieszkańców.  Zupełnie otwarcie strzelali do naszych mniejszych oddziafów maszerujących w odwrocie przez ulice Bielska.  Na ulicy Górskiej jakiś bojowiec strzelał do oddziału ppanc. z 4 P.S.P. z Cieszyna.  Nasi nie pozostali dlużni i posłali w okna, skąd padały strzały, po jednym pocisku na pamiątkę.

 

Na jakieś 2 km. na wschód od m. Wadowice zainstalowaliśmy znów centralę telefoniczną naszego pułku.  Dołączyła do nas reszta plutonu, ale okazalo się, że brak Edwarda Golasowskiego oraz dwóch braci Hustolesów.  Widocznie pozostali w rodzinnym Bielsku jako dezerterzy.  Zaslugiwali oczywiście na karę śmierci, ale kto mógl wykonać wyrok przy tak szybkim ruchu naszych wojsk.

 

Z Edwardem Golasowskim spotkałem się po ucieczce z niewoli niemieckiej, kiedy udałem się do Bielska po moje prywatne rzeczy pozostawione w kwaterze podoficerskiej.  Był on wtedy wyznaczony przez Niemców do opieki nad tym budynkiem.  Trzeba było wiele chodzić od jednego judasza do drugiego, aby wreszcie wejść do tego mieszkania, które zaledwie parę tygodni temu zajmowałem z plut. Stasicą, plut. Mikolajczykiem i kpr. Sliwką.  Wszystko było zdemolowane; co nie było ukradzione, to leżało zniszczone na podłodze.  Nie było nawet śladu mojego pięknego albumu z czerwonej skóry z mosiężnymi okuciami, który mi wręczył gen. Wieniawa-Długoszewski jako nagrodę za 25 km. bieg narciarski o mistrzostwo Wojska Polskiego.  Album ten był ofiarowany przez miasto Zakopane.  Tylko poniszczone zdjęcia mogłem z bólem pozbierać z podłogi.  Jedynie moje narty nie uległy zniszczeniu.  Nic nie mogłem na to wszystko poradzić.

 

Do naszej centrali pod Wadowicami dołączył strzelec Krupa, bez karabinu, ale z plecakiem wypchanym. wyrobami tytoniowymi z rozbitej skladnicy tytoniowej w Wadowicach.  Nie zagrzaliśmy długo miejsca pod Wadowicami.  Pułk nasz dostał się w silny ogień czołgów niemieckich i musial wycofać się.  Otrzymałem rozkaz zwinięcia połączeń i dołączenia do pułku o oznaczonej na mapie miejscowo§ci, około 20 km. na północ od m. Mogilan.  Gdy po trudnym i długim marszu osiągnęliśmy punkt przeznaczenia, to okazało się, że już nie było tam żadnych naszych oddziałów.  Była późna noc i byliśmy głodni jak wilki, a tak zmęczeni, że żołnierze siadali tam, gdzie stali.  Przekazawszy dowództwo plutonu kpr. Bierońskiemu udałem się wraz z motocyklistą na poszukiwanie dowódcy pułku.  Znaleźliśmy go w m. Sulkowice, kwaterującego w urzędzie pocztowym, ale nie mogłem zorientować się, ile oddziałów kwaterowało w pobliżu.  Po służbistym meldunku zapytał mnie, gdzie jest pluton łączności.  Odpowiedziałem, że według rozkazu jest 20 km. na północ od Mogilan.  Po chwili wypoczynku i wypiciu małego garnuszka likieru, jakim poczęstował mnie na wzmocnienie ppłk. Piwnicki, wróciliśmy do plutonu.  Zastaliśmy wszystkich śpiacych, bez żadnej czujki.  Mało pomagał ruch, jaki robiliśmy wraz z motocyklistą w usiłowaniu budzenia plutonu.  Dopiero nad ranem udało nam się jakoś pobudzić naszych chlopców.  Śniadaniem naszym było zsiadłe mleko i domowego wypieku chleb znalezione w pobliskich chatach.  Wreszcie ruszyliśmy.  Drogi były pełne oddziałów poszukujących swoich dowódców.  Brakowało człowieka, który mógłby te grupki kierować w odpowiednie miejsca.  Niestety było, to wtedy niemożliwością, gdyż jednostki zmieniały bardzo często miejsca postoju i kierunki marszu na skutek natarć czołgów, zmotoryzowanej piechoty Wermachtu i nalotów nieprzyjacielskich.  W takiej sytuacji trudno było mieć nawiazaną łączność między oddziałami.  Noc była jasna, nie przerywana pociskami ani warkotem silników samolotowych.  Drogę między Mogilanami a Sułkowicaini znałem bardzo dobrze z okresu manewrów III batalionu P.S.P  Przypomnial mi się jego dowódca, mjr. Janusz, oraz adiutant por. Badowski, obaj bardzo cenieni i lubiani za ich ludzkie podejście do twardego żołnierskiego życia.  Do Sułkowic dotarliśmy około 7 rano, ale zastaliśmy już tylko łącznika z rozkazem dalszego marszu na linii Tamów-Józefów.  Nie pozostało nic innego, jak dalej wycofywać się.  Musieliśmy się przy tym przeprawiać przez Dunajec.  Jeden wóz sprzętowy, cztery biedki patrolowe ciągnęlo sześć bardzo zmęczonych koni ledwo trzymających się na nogach z braku wypoczynku i regularnego furażu.  W miejscu naszej przeprawy Dunajec był bardzo głęboki.  Na samym środku Dunajca konie nie dają rady ciągnąć, a niemiecka artyleria ostrzeliwuje nas.  Niewiele myśląc wskakuję do wody, a za mną reszta plutonu, aby ulżyć koniom i pomóc im dostać się na drugi brzeg.  Przemoczeni do nitki wychodzimy wreszcie z wody w miejscu gdzie ppłk. Piwnicki, dowódca 202 pułku stał w czarnym gumowym plaszczu i wzrokiem pełnym bólu i jakby wyrzutów patrzył na naszą przeprawę, w czasie której niewiele brakowalo, aby silne nurty Dunajca porwały by nam cały sprzęt telefoniczny.  A nasz pluton bez sprzętu - pułk pozbawiony wszelkiej łączności.

 

W ciacru tego pamięnego Września rzadko można było stosować nauki wpajane w nas na manewrach, ćwiczeniach rezerwy, czy przy innych okazjach.  Któż mógł z góry przewidzieć, że żołnierz polski będzie musiał walczyć na trzech frontach, a w końcu i na czwartym.  Cóż nasz naród zawinil?  Co zawiniły matki, że ginęły ich dzieci?  Co zawinili ludzie pracujący w pocie czoła na swoich zagonach, czy w fabrykach?

 

Po przeprawieniu się przez Dunajec musieliśmy chwilę odpocząć, aby przynajmniej choć z grubsza powyżymać nadmiar wody z mundurów i bielizny.  Brzeg, na który wyszliśmy, był porośnięty młodym lasem sosnowym.  Trudno było siedzieć, i niezdrowo, w mokrym mundurze, więc staraliśmy się stale ruszać błądząc pomiędzy drzewkami i resztkami naszych oddziałów.  Spotkafem tam trzy nasze czołgi typu lżejszego z otwartymi pustymi wieżyczkami.  W jednej zobaczyłem dowódcę trwającego na stanowisku, bez głowy i klatki piersiowej.  75 mm. pocisk niemiecki eksplodował wewnątrz czołgu. Ściany wieżyczki były oblepione strzępami mózgu, kości, mięśni i krwi.  Resztę tulowia przykryto bialym prześcieradłem.

 

Jedziemy, a raczej posuwamy się wolno dalej wąską leśną drożyna, czasem przez polany, a czasem prowadzącą wysokim szpilkowym Iasem.  Naraz cała kolumna zatrzymuje się, bo okazało się, że przejscie zrobilo się bardzo wąskie, a na dodatek konie jadące na czole kolumny zaczęly zapadać się w bagnach. Działa, i przodki zanurzały się po osie.  Dowódca baterii artylerii polowej bierze do pomocy piechurów.  Pomagamy wszyscy, każdy pcha wszystkimi siłami, aż w końcu udało się wypchnąć baterię na twardszy grunt.  Biedne konie męczyły się strasznie, rozumialy że muszą iść dalej.  To był widok, którego nigdy nie uda się wymazać z pamięci. DobrnęIiśmy wreszcie do większej suchej przestrzeni pola uprawnego, ale za to dostaliśmy się pod obstrzał niemieckich ckm-ów.  Wtedy dałem rozkaz, aby każdy z plutonu w pojedynkę biegiem - padnij starał się przedostać do przeciwległego lasu, gdzie miał się zebrać cały pluton.  Konie rozumiały, że muszą dać z siebie wielki wysilek.  Z biedkami i wozem sprzętowym galopowały, ale jak?  Z brzuchami niemal przy ziemi czuły, że każdy z nas biegnie i pomaga pchać biedkę czy wóz, aby jak najprędzej wydostać się w bezpieczniejsze miejsce.  W lesie okazalo sie, że ppor. Sukniewiczowi brakuje sprzetu patrolu centralnego.  Był on przydzielony do mojego plutonu, ponieważ ich pluton iłączności batalionu został rozbity.  0czywiście bez tego sprzętu nie chciałem iść dalej.  Wziąłem ochotników: kpr. Bierońskiego i st. strz. Kotyrbę i razem wróciliśmy się po zagubiony sprzęt.  Po odnalezieniu go doszliśmy do naszych pierwotnych miejsc, ale za to nie znależliśmy tam już nikogo, nawet gońca.  Mocno mnie zabolała ta sytuacja.  Jakoś jednak dopędziliśmy nasz pluton.  Po pewnym czasie ktoś zatrzymał naszą kolumnę na otwartej drodze.  Było to przed stacją kolejową Majdan Sieniawski.  Jadę na czoło kolumny i co widzę?  Ludzie śpią na wozach, artyleria niemiecka strzela wzdłuż drogi po kolumnie.  Pytam się śpiących żołnierzy, na kogo czekamy w tym ogniu?  Czy chcemy dać się powybijać jak kaczki?.  Woźnice trochę otrzeżwieli i ruszyli z miejsca.  Mineliśmy stację kolejową, ale artyleria niemiecka dalej nas ostrzeliwuje siejąc już zniszczenia.  Zastanawiam się, skąd tak dobrze mogą nas obserwować i wstrzeliwać się?  Po dokładnej obserwacji terenu zauważyłem, że z wysokiego drzewa na wzgórzu okolo 750 m. na południe od stacji Majdan Sieniawski wybuchła różnokolorowa rakieta.  Aha, to stamtąd nas obserwowano!  Jakże pragnąłem mieć w tej chwili dostęp do ckm-u!  Jakby na zawolanie przejeżdża obok mnie nowiutki ckm.  Woźnica pomógl mi go ustawić i celownikiem 750 m. ogniem zaryglowanym puściłem całą jedną taśmą, i drugą, w to drzewo, skąd wybuchały rakiety powodujące celność niemieckiej artylerii.  Jakby nożem uciąć, żadnej więcej rakiety ani strzalu artyleryjskiego!

 

Przy tych ciągłych marszach, przeprawach, a jednocześnie rozwijaniach i zwijaniach kabla telefonicznego nigdzie dłużej nie staliśmy ponad 24 godziny.  Tak było 16 września.  W tym dniu zatrzymaliśmy się w malej osadzie między Dzikowem i Uszkowcami.  Pluton uruchomił połączenia telefoniczne tylko do dowództwa dywizji.  Pamiętny to dzień dla naszej 21 D.P.G.  Zginął wtedy śmiercią bohaterską jej dowódca, gen. Józef Kustroń, przeszyty serią ckm-u.  Pluton niemieckiej piechoty oddał salwę honorową, gdy generała chowano na cmentarzu pod cerkwią w Ufazowie.  W 1953 roku zwłoki jego zostaly ekshumowane i spoczywają dziś w jego rodzinnym Nowym Sączu.  Wtym dniu t.j. 16 września było ostatnim połęczeniem telefonicznym do dowództwa 21 D.P.G. wykonanym przez pluton łączności pułku.

 

Korzystając z chwilowego postoju resztek oddziałów, a w tym i kompanii administracyjnej, sporządziłem. z pomocą pisarza imienną listę plutonu na żołd i dodatek bojowy i zgłosiłem się z tym w kompanii gospodarczej u płatnika, ppor. rez. Krywulta z m. Biała. Kazał mi się zglosić za godzinę.  Akurat wtedy ogłoszono alarm i wymarsz.  Więcej tego pana ppor. nie spotkałem.  Tak więc wszyscy żołnierze plutonu ze mną włącznie nie otrzymali ani żołdu, ani dodatku bojowego za czas wojny we wrześniu.  Pomaszerowaliśmy dalej w kierunku południowo-wschodnim, czyli w tym samym, w którym szliśmy od pierwszego dnia wojny.  Od rzeki San już nie budowaliśmy żadnych połączeń kablowych.  Reszta naszego plutonu zostala wyznaczona na czoło kolumny pułku, którego stan wynosił chyba nie więcej jak pluton.

 

21 września zatrzymaliśmy się w malej wiosce - ulicówce.  Ustawiwszy wozy pod drzewami wzdłuż drogi żołnierze rozeszli się po domkach w poszukiwaniu jedzenia.  Chociaż ludność tej wioski zabrała prawie wszystką żywność ze sobą do lasu, gdzie szukała bezpiecznego, schronienia przed nawałą wojenną, to jednak głodny żołnierz zawsze jeszcze coś znalazł.  Ja też postanowiłem ze swoimi coś zdobyć dla nas i dla koni.  Nikogo nie wyznaczyłem imiennie do pilnowania biedek i koni, z czego dzisiaj jestem zadowolony. Pozostało na ochotnika trzech strzelców, a między nimi st. strz. Krawczyk.  Uszliśmy zaledwie parę kroków, gdy znów niemiecka artyleria zaczęła celnie kosić wzdluż drogi po kolumnie taborowej, chociaż skrytej pod drzewami.  Gdy pociski zaczynały wybuchać bliżej nas, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, żecoś złego stało się z naszym taborem plutonu.  Zawracając w kierunku naszego wozu usłyszeliśmy jęki i wolania o ratunek.  Z wozów, biedek telefonicznych i radiowej pozostały tylko strzępy.  Na samym dnie tego kłębowiska ktoś woła: "Antku, ratuj, mam żonę i małe dziecko".  Ile tylko miałem sił, starałem się odrzucić resztki wozu i wyciagnąc rannego, ale samemu było mi bardzo ciężko.  Całe szczeście, że zaraz za mną nadbiegli inni strzelcy i wspólnymi silami zdołaliśmy go ostrożnie wyciągnąć.  Objął mnie i ze łzami w oczach błagał, aby go samego nie zostawiać.  Wtedy zauważyłem głęboką ranę na. prawej nodze nad kolanem.  Założyliśmy mu opatrunek, a z listwy i dwóch ręczników skombinowaliśmy unieruchomienie nogi.  Ułożyliśmy go na lekkim wozie wymoszczonym sianem i przetransportowaliśmy do szpitala broni pancemej, który był wtedy w budynku szkoły powszechnej w m. Zielona pod Tomaszowem Lubelskim.  W tym samym ataku artyleryjskim został również ciężko ranny mój koń - piękny i wierny Siwek, którego otrzymałem z mobilizacji.  Wiernie służyl przez cały dotychczasowy okres wojny czy jako wierzchowiec, czy też jako zwierzę pociągowe w biedce, czy wozie sprzętowym.  Teraz jedna jego noga trzymała się tylko na kawałku skóry.  Trzeba było go zastrzelić.

 

Zostało nas tylko czterech: kpr. Piszczałka, kpr. Bieroński, st. strz. Giertler i autor.  Napróżno staraliśmy się odszukać kogoś z naszego macierzystego pułku.  Tak samo nie spotkaliśmy żadnego zwartego oddziału.  Błądziliśmy więc razem we czwórkę w ten dzień pochmurny, kiedy tylko czasem slońce nieśmiało usillowało rozjaśnić ziemię.  Z daleka zobaczyłem naszego dowódcę, ppłk. Piwnickiego, jak szedł samotnie, przygarbiony w swoim czarnym gumowym płaszczu, ale nie udalo nam się go dogonić, gdyż szybko zniknął nam z oczu.  Więcej już o nim nie słyszałem i nie wiem, jakie koleje losu przechodził.  To było dnia. 21 września.  Po strzałach usiłowaliśmy orientować się, gdzie są nasze oddziały i powoli posuwaliśmy się w tamtym kierunku.  Po upływie kilku godzin dostaliśmy się w niespodziewany ogień niemieckich ck-emów.  Musieliśmy więc zawrócić w innym kier-unku.  Wtedy spotkaliśmy por. Ulrycha z naszego pułku, więc się nam raźniej zrobiło.  W czasie tego błądzenia znalazłem w rowie okolo 2 kg. bialej mąki.  W rowie też roznieciliśmy ogień, nad którym ustawiliśmy znalezioną płytę kuchni polowej i w taki sposób mogliśmy z tej mąki upiec smaczny placek.  Posypany potłuczonymi kostkami cukru, smakował wyśmienicie.  Noc spędziliśmy w rowach i między zaroślami.

 

Dzień 22 września był też chmurny i chłodny, a krótkie przeblyski slońca nie dawały już ciepla.  Około godz. 11 udalo się nam pobrać z napotkanej kuchni polowej grochówkę z robakami.  To był nasz ostatni posilek w niepodległej Polsce.  W tym dniu byłem wyjątkowo głodny, zmęczony, niewyspany i wyjątkowo pesymistycznie nastrojony.  Wokół mnie chmurny dzień i chmurne twarze.  Po południu między godziną 14-tą a 15-tą widzę grupę naszych żołnierzy idących bez broni i bez pasów.  Jakby mnie kto przeszył sztyletem!  A oni wołają do nas: "Szkoda waszej walki, szkoda wysiłku! Jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron! Poddajemy się wszyscy!".  Nikt nie zrozumie uczuc, jakie mną miotały, kto tego sam nie przeszedł.  W dalszym ciągu trzymaliśmy się razem z kpr. Bierońskim, kpr. Piszczałką i st. strz. Gertlerem.  Płakaliśmy jak dzieci.  Niektórzy narzekali na nasz rząd i na naszą politykę, a łzy spadaly na karabinki, z których wyjmowaliśmy zamki i zakopaliśmy w ziemi, jak najdroższego przyjaciela.  Resztki aparatów i łącznic też oddaliśmy naszej matce - ziemi na przechowanie.  Po ukończeniu tych przykrych czynności zmieniliśmy kierunek marszu i malymi grupkami zaczęliśmy iść na zachód.  Przez jakieś 5 km. od m. Zielona szliśmy lasami.  Wszędzie napotykaliśmy sprzęt wojskowy, motocykle, samochody, wozy.  Szliśmy jak na stracenie.  Tak dostaliśmy się na dziedziniec szkoly powszechnej w Józefowie.  Do budynku wpuszczano tylko oficerów, a reszta zostala pod gołym niebem.  Rozpaliliśmy ogniska, wokół których grzaliśmy się w te chłodne noce kończące nieszczęsny Wrzesień.  Spotkałem wtedy znajomych z mojego pułku: plut. Stojka, sierż. Winnickiego, kpr. Paslernaka, sieri. Kamińskiego i sieri. Fedorowicza.  Znalazła się również i Bronka Baron, która prowadziła kasyno oficerskie do czasu wymarszu pułku.  Miała jeszcze przy sobie trochę tłuszczu i kilka porcji kawy konserwowej, którymi to zapasami podzieliła się sprawiedliwie z wszystkimi, którzy siedzieli przy naszym ognisku.  Ta pierwsza noc w niewoli nie była wypoczynkiem, tylko męczarnią.  Nie czułem głodu i o nim nie myślałem.  Osłabiony umysł nie potrafił odróżnić sennych majaczeń od rzeczywistości.  W półśnie widziałem morze maleńkich tlejących płomyków, przygnębione twarze naszej braci żołnierskiej przejętej klęską.  Dopiero po dobrej chwili uświadomiłem sobie, gdzie jestem i mózg przeszyło słowo "niewola".  Wszystko, co ci było dane od Boga, rabowane, bezceremonialnie konfiskowane, niszczony cały dorobek państwowy i prywatny, ludzie gina.  A ty nic możesz protestować, ani nie masz żadnej obrony.

 

Miałem jeszcze przy sobie swój służbowy rewolwer, którego nie zakopałem w kotle Tomaszowa Lubelskiego razem ze sprzętem telefonicznym i uzbrojeniem.  Zwierzyłem się swom kolegom z posiadania broni przy sobie.  Radzili aby jak najprędzej pozbyc się go.  Zacząłem się zastanawiać, co teraz zrobić z tym rewolwerem, jak się od. niego uwolnić?  Z takimi myślami poszedłem do ubikacji stojącej osobno na szkolnym podwórzu i tam zawinąwszy rewo1wer w kawałek szmatki wsunąłem go za belki podtrzymujące dach.  Gdy zakopywaliśmy sprzęt i broń, nie było żadnego Niemca.  Dopiero gdy weszliśmy na podwórze szkolne w Józefowie, zobaczyliśmy, że cały teren jest otoczony przez posterunki Wermachtu.  Na szczęście nie robiono rewizji osobistej.  Potem pedzono nas jak jeńców wojennych.  Podczas przerwy w marszu z Łętowni do Łańcuta odpoczywaliśmy na trawniku.  Nagle jedna grupa naszych poderwała się z ziemi i odskoczyla na boki.  Na środku leżał nowiutki Vis w futerale.  Żołnierz niemiecki to spotpał i spytał, czyja to własność.  Wtedy nasi wskazali na jednego z ich grupki.  Niemiec zaprowadził nieszczęsnego pod ścianę drewnianej przydrożnej chaty i zabił go dwoma strzałami.  Doprowadzono nas do wioski Łętownia, gdzie pod gołym niebem spędziliśmy całe dziesięć dni.  Kto w czasie działań wojennych rzucił płaszcz, koc i namiot, to w te zimne noce bardzo tego żałował.  Autor z kpr. Piszczałką i kpr. Bierońskim sporządziliśmy sobie namiot z jednej płachty i jednego koca, łopatkami wykopaliśmy rowek naokoło, a środek wyłożyliśmy badylami ziemniaków i słomą przyniesioną z daleko stojącej stodoly.  Niemcy pozwalali na takie krótkie wycieczki.  W Łętowni otrzymaliśmy czamą niemiecką kawę, a po południu dano nam około 300 gr. chleba oraz wodę zaprószoną jakąś kaszą.  Po dziesięciu dniach przepędzono nas do Łańcuta, gdzie jedną noc spędziliśmy na betonie w cukrowni, a na drugi dzień zaprowadzono nas. do dużego parku, w którym stal piękny zamek.  Otrzymaliśmy kawę, okolo 300 gr. chleba i 200 gr. niemieckich sucharów.  Następnie załadowano nas na samochody ciężarowe i zawieziono do miasta Wadowice, do koszar piechoty: 20 pułku Ziemi Krakowskiej.  Kilkakrotnie przechodziłem przez to miasto w czasie manewrów, a przy tym było, ono oddalone zaledwie o 40 km. od mojej rodzinnej miejscowości.  Często żołnierze Wermachtu wywoływali naszych ludzi do wykonywania różnych robót w koszarach i poza nimi.  W moim umyśle zakiełkowało postanowienie ucieczki przy takiej okoliczności, zanim nas nie wywiozą w głąb Niemiec.  Podzieliłem się swoimi myślami z plut. Cebratem z kompanii administracyjnej naszego macierzystego pułku.  Odpowiadała mu ta myśl, więc uzgodniliśmy, że nawiewamy przy pierwszej nadarzającej się okazji.

 

11-go listopada 1939 roku żołnierz Wermachtu wywołał dwunastu ludzi do pracy poza koszarami.  Skoczyłem szybko, aby znaleźć się w tej grupie.  Odliczyli dwunastu ludzi, i mnie wśród nich, ale nikogo spośród moich znajomych.  Postanowiłem jednak już się nie cofać.  Przy wyjściu z koszar otrzymaliśmy siekiery i piły.  Pod eskorta trzech Niemców maszerujemy przez miasto aż do parku odległego około 1 km.  Tam każą nam wycinać wszystkie drzewa.  Do piły się nie pchałem.  Siekierę miałem od początku w ręku, więc gdy jakieś drzewo było już ścięte, to obrabiałem pień zawsze kierując się tam, gdzie już dużo drzew leżało na ziemi bliżej gęstych krzaków.  W pewnym momencie odskoczyłem w te zarośla i chyłkiem uciekłem od miejsca pilnowanego przez Niemców.  Znalazłszy się na ulicy zwolniłem tempo.  Miałem na sobie plaszcz wojskowy, saperki i czapkę polową bez Orzełka.  Szedłem w kierunku południowym, aby jak najszybciej wydostać się z miasta.  Minąwszy około 500 m. spotkałem jakiegoś człowieka wyglądającego na swojego.  Postanowiłem zapytać się go, czy jestem na dobrej drodze do Żywca.  Objaśnił mnie bardzo szczegółowo, za co mu podziękowałem i udałem się we wskazanym kierunku.  Szedłem dość szybko po spokojnej drodze.  Pogoda była dobra - nasza polska jesień.  Nie kryłem się po krzakach, ani polach na widok przejeżdżających Niemców.  Noc mnie złapała, gdy doszedłem do miejscowosci Okrajnik, czy może Slemień -nazwy te pamiętam, ale dziś jeszcze trafiłbym do tego domu, gdzie zastukałem prosząc o nocleg.  Gospodyni, niewiasta w średnim wieku, postawiła na stole chleb domowego wypieku, masło i gorące słodkie mleko.  Potem zaofiarowano mi nocleg albo, w domu w pokoju na górze, albo na sianie.  Wybrałem siano.  Noc przespałem spokojnie po tym 20 kilometrowym marszu.  Następnego dnia rano po skromnym lecz pożywnym śniadaniu podziękowałem gospodarzom bardzo serdecznie za gościnę i udałem się w dalszą drogę do swojego rodzinnego domu.  Byłem już prawie na swoim terenie.  Doszedłem do rozwidlenia dróg, z których jedna prowadziła przez Zadzidle i Stary Żywiec, druga przez m. Las do Suchej, a trzecia, którą przyszedłem z Wadowic.  Przy tym rozgałęzieniu dróg stoi figura Chrystusa - upadającego pod ciężarem Krzyża, wykuta z kamienia o naturalnej wielkości.  Ząb czasu zatarł wszystkie ostre kontury twarzy, korony cierniowej i krzyża.  Pewnie figura ta datuje się z XIV lub XV wieku tak jak i okoliczme osiedIa.  Z tego punktu jest piękny widok na Beskid Sląski ze Skrzecznem na czele, Beskid Sredni z Babią Górą, a samo rozgalęzienie tych dróg znajduje się w Beskidzie Malym.  Minąłem Okrajnik po prawej stronie i nad przysiołkiem Lipie usiadłem pod samotną brzozą, aby dać trochę nogom wypocząć.  Ruchu na drodze nie było prawie żadnego, gdyż miejscowa ludność przerażona okropnościami wojny unikała publicznych dróg.  Już nie z lekkim, jak dawniej, sercem podniosłem sie i ruszyłem dalej.  Przeszedłem przez drewniany most na Sole w Zarzeczu - Stary Żywiec i wałem wzd1uż Zylicy ruszyłem do Pietrzykowic.  Była pora przedpołudniowa.  Chciałem jak najszybciej dotrzeć do domu, aby uniknąć ludzkich spojrzeń.  W domu zastałem brata Bartłomieja, siostrę Helę i Nastkę.  Matka wkrótce wróciła z Żywca i ucieszyła się całym swoim matczynym kochającym sercem, że ma nas czworo przy sobie.  Tak więc po Wojnie Wrześniowej znalazłem się w domu rodzinnym.