SŁUŻBA WOJSKOWA DO SIERPNIA 1938 R.

 

Całą noc przed odjazdem do Bielska, do 3 Pułku Strzelców Podhalańskich, spędziłem bezsennie.  W podnieceniu pakowałem i przepakowywałem walizkę kilka razy, nie mogąc  się zdecydować, co powinienem zabrać ze sobą.  Gdy wreszcie miałem już zapakowane wszystko, co uważałem za potrzebne, nastąpiło pożegnanie z rodzicami, rodzeństwem, Bronką Pielówną, oraz kolegami: Szczepanem Masnym, Antosiem Cadrem, Władkiem Pietraszkiem i innymi.  Na przystanek kolejawy Pietrzykowice odprowadzili mnie wszyscy, z ojcem włącznie, który w tym czasie był bez pracy.  Na początku marca 1930 roku, w godzinach rannych zgłosiłem się do pułku, do nowej twardej szkoły życia.

 

Po oddaniu karty powołania dyżurnemu podoficerowi, otrzymałem wraz z ponad 300 innymi poborowymi przydział do III Batalionu 3 Pułku Strzelców Podhalańskich w Woli Justowskiej pod Krakowem.  Tam znaleźliśmy się już następnego dnia.  W drodze do miejsca przeznaczenia zatrzymano nas w Krakowie, gdzie zostaliśmy wszyscy zaprowadzeni do kąpieli w III batalionie 12 Pułku Ziemi Krakowskiej.  Tak więc do koszar na Woli Justynowskiej weszliśmy czyści, gotowi do zmiany naszych cywilnych ubrań na szary żołnierski letni drelich.  Dowodcą III batalionu 3 P.S:P. był wówczas major Kurek (zginął w 1944 r. pod Monte Cassino w randze ppłka), a dowódcą 9 kompanii, do której dostałem przydział, był kpt. Józef Skomra, legionista, bardzo opanowany i lubiany przez wszystkich; dowvódcą mojego plutonu był por. Swidowski, zawsze uśmiechnięty, wymagający i mający dla każdego dobre słowo.  Szefem kompanii był st. sierż. Jasiński.  Zastępcą dowódcy mojej drużyny był st. sierż. Józef Studencki, z którym kończyłem Dokształcającą Szkołę Zawodową w Żywcu i któremu pomagałem przy wykańczaniu rysunków zawodowych.  Pamiętając o tym, bardzo mi ułatwiał początki służby żołnierskiej.  Uroczyste złożenie .przysięgi odbyło się na dziedzińcu koszarowym 5 Pułku Artylerii Ciężkiej w Krakowie.  Na tę uroczystość byłem wyznaczony jako delegat do sztandaru, na który przysięgaliśmy.  Do kościoła chodziliśmy na Bielany, a mogli do niego uczęszczać tylko mężczyźni.  W koszarach byłem zwolniony od robót porządkowych, ponieważ zaliczono mi 2 stopień Przysposobienia Wojskowego z Dokształcającej Szkoly Zawodowej w Żywcu.  Na ćwiczenia chodziliśmy na Przegorzały i Pasternik.  Często maszerowaliśmy przez Bronowice, miejsce związane z nazwiskiem Wyspiańskiego.

 

19 marca 1930 roku obchodziliśmy dzień imienin Marszałka Józefa Piłsudskiego.  Na główną uroczystość odbywającą się w Domu Żołnierza na ul. Lubicz zostałem wyznaczony jako delegat przez dowódcę kompanii, kpt. Józefa Skomrę.  Osobiście dopilnował on w magazynie mundurowym, aby nasze mundury były dopasowane "do figury" i do koloru.  Zajmował się nami jak prawdziwy ojciec, aby cywili przerobić na żołnierzy.

 

Piękne wspomnienia pozostały mi z Woli Justowskiej.  Modlitwa poranna "Kiedy ranne wstają zorze", śpiewana kompaniami na korytarzach, wieczorne "Pod Twoją Obronę" śpiewane przez cały batalion na dziedzińcu działały kojąco i budująco dodając sił do łatwiejszego znoszenia twardego rygoru rekruta - żolnierza.  Bardzo koleżeńskie było to, że wieczorem dyżurny podawał kolejno każdemu na sali miednicę z wodą do umycia nóg.

 

Strzelnica szkolna na Woli Justynowskiej była duża; na 20 stanowisk.  Mając dobry karabin uzyskiwałem piękne wyniki i zostałem zaliczony do strzelców wyborowych.  Stwierdziłem jednak, że nie miałem tak dobrych wyników w dnie, w które piłem na śniadanie czarną kawą żołnierską.  Od tamtych czasów aż po dzień dzisiejszy nie piję kawy, a jeśli gdzieś w twarzystwie muszę coś pić, to proszę o letnią wodę z miode'm, lub samą wodę z braku miodu.  Z grona podoficerów pamiętam sierżantów Cacha i Trefonia, oraz plutonowych Wierzbę i Caputę z Lipowej.

 

W którąś niedzielę po południu, jeszcze przed przysięgą, st. strz. Studencki poprowadził naszą drużyną w szyku zwartym do dużego zwierzyńca na Sikorniku w Lasku Woli Justowskiej.  Ponieważ ja i mój kolega  Władek Steblik z Chybia znaliśmy już Zwierzyniec, więc poprosiliśmy o zwolnienie z marszu, aby się przespać w Lasku Wolskim.  W tym okresie nigdy nie mieliśmy dość wypoczynku: ćwiczenia nocne raz w tygodniu, pobudka o godz. 4  rano i upały sprawiały, że snu pragnęliśmy ponad wszystko.  Spaliśmy w owym lasku tak mocno, że nie zauważyliśmy wracającej do koszar naszej drużyny.  St. strz. Studencki nie szukał nas, gdyż był przekonany, że już jesteśmy w koszarach.  A myśmy, owszem wrócili, ale jak się wyspaliśmy w Lasku Wolskim.  Przy wejściu do koszar wartownik zapowiedział nam, że mamy się natychmiast zameldować u szefa kompanii.  Urzędował w tym dniu zastępca st. sierż. Jasińskiego, sierż. Trefoń.  Wysłuchawszy nas orzekł, że z taką sprawą musimy się nazajutrz, czyli w poniedziałek zameldować u szefa kompanii.  Tak też uczyniliśmy.  Zaraz po przyjściu na plac ćwiczeń w rejonie Pasternika, w czasie przerwy, przybrawszy pokorne miny i zasadniczą postawę meldujemy się posłusznie szefowi do raportu karnego za niedołączenie do naszej drużyny wracającej do koszar.  St. sierż. Jasiński spojrzał groźnie i zawyrokował: 14 dni robót karnych, t.j. sprzątanie korytarza, ubikacji i t.p.  Odpowiedziawszy "tak jest, panie szefie" zrobiliśmy mniej lub więcej przepisowy "w tył zwrot" i dołączyliśmy do naszych kolegów.

 

Slońce prażyło niesamowicie, z maskami i łopatami ćwiczyliśmy bojówkę, kompanię w natarciu i t.p.  Wreszcie ówiczenia przedpołudniowe zakończyły się i usłyszeliśmy mile brzmiące "rozejść się".  Na szczycie Pasternika, który był raczej płaski i około 1 i pól km. długi, stała kapliczka, a przed nią ciągnął się rów świeżo wykopany w celu osuszenia małych mokradeł, których było kilka na tym odcinku.  Gdy więc na komendę rozeszliśmy się, jakieś przeczucie skierowało moje kroki do kolegów stojących po stronie rowu od kapliczki.  Naraz padła komenda "Do kapliczki biegiem marsz!"  Mając za sobą przeszkodę w postaci rowu, chwyciłem prawą ręką karabin, lewą bagnet i zebrawszy wszystkie siły pędzę, aby być w kapliczce pierwszy.  W połowie drogi dotrzymał mi kroku kolega Wołyniak, inni byli w tyle.  Widząc w prostej linii jakieś bajorko omijam go już z daleka, a mój towarzysz biegł prosto i całym impetem wpadł w błoto, co go zatrzymało.  Zostałem sam jeden i do kapliczki dobiegłem pierwszy.  Kiedy kompania zebrała się w komplecie, szef pyta, kto dobiegł pierwszy.  Oczywiście zaraz zgłosiłem się.  W nagrodę szef wyjął ze swojej papierośnicy wszystkie papierosy i chciał mi je dać w nagrodę.  Uśmiechnąłem się tylko i przeprosiłem, że nie palę.  Szef wtedy zapytał, co chciałbym w nagrodę.  Bez namysłu proszę o zwolnienie z robót karnych, jakie dostałem dziś rano.  Szef zgadza się, ale mnie to nie wystarcza, więc proszę aby również darował karę mojemu koledze Władysławowi Steblikowi:  Po chwili wahania szefunio uśmiechnął się pod nosem i powiedział "no dobrze".  Lżej mi się zrobiło na sercu.

 

W czasie ówiczeń sprawności fizycznej na Stadionie Sportowym na Błoniach Krakowskich przy skoku wzwyż uderzyłem się o tyczkę poprzecznią gdzieś w okolicy nerek.  Od tego czasu nie czułem się zbyt dobrze, aż raz wieczorem podczas czytania rozkazu dziennego zemdlałem.  Zaniesiono mnie natychmiast na izbę chorych, a że miałem wtedy bardzo spuchnięte nogi, więc bez żadnej zwłoki odwieziono mnie karetką do Wojskowego Szpitala Okręgowego Nr. V na ulicy Sławkowskiej w Krakowie.  Zostałem umieszczony w dziale chorób wewnętrznych.  Muszę przyznać, że chociaż ziemia w Polsce była stosunkowo droga, to jednak wszystkie szpitale jakie znałem, są rozmieszczone jako małe bloki wśród parków, gdzie można było dowoli rozkoszować się czystym i świeżym powietrzem, czego nie można powiedzieć o szpitalach w Kanadzie.  Leczono mnie przez 6 tygodni trzymając na diecie ściśle jarzynowej, t. zn. na śniadanie 3 bułeczki z masłem i wojskowa czarna kawa, na obiad kalafiory gotowane a na kolację kalafiory w jakimś sosie.  Jeśli miałem być badany na innym oddziale, to przenoszono mnie na noszach mimo ostrego sprzeciwu z mojej strony.  Chociaż puchnięcie nóg szybko ustąpiło, to jednak nie dostawałem nic dodatkowego do picia, a picie wody było surowo wzbronione.  Jakże wtedy marzyłem, aby móc się napić do syta!  Kiedy ~do leżącego kolo mnie sierżanta przyszła z wizytą żona, poprosiłem ją, aby przyniosła mi przynajmniej dwie cytryny i trochę cukru.  Przy następnej wizycie zadośćuczyniła mojej prośbie przynosząc to, o co prosiłem.  Ta dobra niewiasta nie chciała nawet słyszeć o zwracaniu jej kosztów.  Wstałem z łóżka i znalazłszy w łazience czystą pustą butelkę wycisnąłem do niej sok z cytryn, wsypałem cukier i dolawszy trochę zimnej wody otrzymałem lemoniadę.  Pomyślawszy, że albo zaraz umrę, albo wyzdrowieję - wypiłem całą zawartość.  Pragnienie zaspokoiłem.  Grzecznie położyłem się do łóżka, gdyż z żołądka zrobił mi się balon, ale nikomu się do niczego nie przyznawałem.  Faktem jest, że następnego dnia już gorączki nie miałem i z dnia na dzień czułem się coraż lepiej.  Na potwierdzenie mojej intuicyjnej cytrynowej kuracji mogę dodać, że sok cytrynowy jest podobno doskonałym lekarstwem na miedniczki nerkowe.  Leczyło mnie dwóch lekarzy: dr. mjr. Stanoch i dr. Rajski.  Dr. Stanoch nie poświęcał zbyt wiele czasu na badanie pacjenta: ot, popatrzył, zbadał tętno i zaraz stawiał diagnozę.  Więcej czasu natomiast poświęcał na sprawdzenie porządku w szafkach przy łóżkach.  Od czasu, gdy pozwolono mi spacerować, opiekowałem się kwiatami na oknach sali nr. 19.  Nie pamiętam, czy robiłem to na prośbę Siostry Tekli, czy też z własnej inicjatywy.  W każdym razie i Siostra Tekla, i dr. Rajski i Dr. Stanoch byli zadowoleni z postępów mojego leczenia, no i z porządku koło mojego łóżka, gdyż dostałem po wypisaniu ze szpitala 3 miesiące urlopu zdrowotnego.  Gdy po skończonym urlopie wróciłem już nie do III batalionu na Woli Justynowskiej, ale do 3 Pułku Strzelców Podhalańskich w Bielsku, otrzymałem wypłatę pełnego równoważnika strawnego.

 

W czasie tych trzech miesięcy zacząłem już zapominać o życiu wojskowym i włosy zaczęły już odrastać.  Z tego okresu pamiętam wycieczkę pieszo ze znajomymi: Bronią Pielówną, Helą i Zosią Trznadel i Władkiem Trznadlem,.  Szliśmy przez Skrzeczne, Malinowskie Skały aż do Baraniej Góry.  Te trzy szczyty należą do Beskidu Śląskiego, który stanowi zachodnią granicę Ziemi Żywieckiej.  Wał ten pokryty świerkowymi lasami jest atrakcyjnym terenem turystycznym i narciarskim, zaopatrzony w schroniska, a obecnie i w kolejki linowe.  W drodze powrotnej, gdzieś w rejonie Malinowskiej Skały złapała nas bardzo silna burza i taka ulewa, że na nikim sucha nitka nie została.  Na polance zobaczyliśmy maleńki szałas.  Mimo ogromnej ciasnoty urzędujący tam juhas nie tylko pozwolił nam przeczekać burzę, ale poczęstował nas bryndzą tak wyśmienitą, że smak jej pamiętam do dziś.  Kiedy burza minęła, wróciliśmy do domu szczęśliwi, że możemy przebrać się w suche ubranie.  To była młodość, kiedy fraszką było wiele rzeczy, jakie dzisiaj trudno :byłoby przeżyć.

 

W czasie mojego urlopu zdrowotnego, nasz pułk odbył manewry, co mnie ominęło.  Urlop skończył mi się już po odejściu do cywila starego rocznika.  Pozostał tylko jeden rocznik, do którego należałem.  Dostałem przydział do plutonu łączności.  Kiedy zameldowaiem kpt. Mieczysławowi Kalicińskiemu swoje przybycie, ten z miejsca kazał mi ostrzyc przepisowo włosy i wziąć się do nauki, której w plutonie łączności jest bardzo wiele.  Pomimo tego napomnienia nie mogłem się zmusić do intensywnej pracy przy wielkiej, jak mi się wydawało, ilości przedmiotów.  Jesienią 1930 roku, po zakończeniu ćwiczeń przedpołudniowych na terenie baraków w Aleksandrowiczach, kpt. M. Kaliciński zapytał się, który z nas jeszcze nie opanował ręcznej sygnalizacji pewnej .grupy alfabetu Morse'a.  Wydawało się, że byłem chyba jedynym, który jawnie zadeklarował swoje "nieuctwo", Wtedy kapitan, wziąwszy mnie na stronę, przykazał mi wziąć się w garść i pilnować lepiej nauki, gdyż cały pluton nie może czekać na mnie z programem. Od tego czasu postanowiłem nadrobić wszystkie braki w każdym przedmiocie.

 

Uparcie ćwiczyłem nadawanie brzęczykiern alfabetu Morse`a i osiągnąłem rekord 80 znaków na minutę tekstu otwartego.  Wymałowałem też na ścianach naszej sali wykładowej grupy całego alfabetu Morse`a: każda z nich, a było ich 16, miała wielkość około 35 cm na 75 cm; umieszczona dość wysoko była widoczna i ułatwiała wzrokowe zapamiętanie znaczeń.  Malowanie zabrało mi sporo czasu, ale i utrwaliło w pamięci wszystkie znaki na całe życie.

 

Intensywna praca nad sobą nie poszła na marne.  Kiedy przed Bożym Narodzeniem 1930 roku st. sierż. Kosicki zameldował pluton gotowy do rozkazu wieczornego, kpt. M. Kaliciński wywołał mnie przed front plutonu i "założył mowę" do strzelców, aby wzięli przykład ze mnie, bo chociaż zacząłem naukę poźniej niż oni, to jednak przez  swoją pilną pracę wyprzedziłem wszystkich i za to dzisiaj otrzymuję awans na starszego strzelca.  Mnie zaś ściskając rękę życzył, abym nadal w pracy nie ustawał.  Podniosło mnie to bardzo na duchu, gdyż w całym pułku przyznano wtedy tylko trzy takie awanse, a to kol. Machalica z komp. szkol. strzel. i kol. Drapa z kompanii szkol. C.K.M.

 

Awans na kaprala otrzymałem w roku 1931 po ukończeniu 6-miesięcznego kursu szkoły podoficerskiej plutonów łączności przy 5 Batalionie Telegraficznym na Kopcu Kościuszki w Krakowie.  Batalionem dowodził mjr. Doskoczyński, kompanią por. Zachuta, a szefem kompanii był sierż. Jesionka.  Dyscyplina w tej szkole była naprawdę twarda.  Rano pobudka o godz. 6, mycie się lodowatą wodą w barakowej umywalni, a potem tylko w koszuli, spodniach i butach 30 minut gimnastyki na placu ćwiczeń.  Wielu strzelców miało poodmrażane uszy i palce u rąk:  Kiedy dowódca kompanii por. Zachuta, albo sier. szef Jesionka weszli na inspekcję do łącznicy szkolno-koszarowej i zobaczyli, że wtyczki połączeniowe ruszały się, to wmawiali dyżurnemu telefoniście, że nie siedział przy łącznicy.  Oczywiście "drucik" nigdy nie miał racji!

 

19 marca 1939 roku otrzymałem awans na plutanowego.  W tym czasie byłem w Zakopanem na zawodach narciarskich o mistrzostwo Wojska Polskiego.  Obejmowały one bieg płaski, bieg zjazdowy, slalom i skoki terenowe, a podsumowane punkty każdej z czterech kategorii dawały ogólny wynik sprawności narciarskiej.  Awans na plutonowego otrzymałem wcześnie aniżeli inni kaprale, gdyż pod względem sprawności narciarskiej miałem wyniki kwalifikujące mnie do czołówki naszego Klubu Sportowego.  O ten awans upominał się również dla mnie mjr. Janusz, dowódca III Batalionu, który żądał przydzielenia mnie z drużyną łączności na każde manewry.  Mjr. Janusz miał dla mnie specjalne względy, gdyż zawsze starałem się, aby łączność działała bez zarzutu, oraz aby dowódca batalionu miał możliwą kwaterę i możliwe jedzenie.  Raz też z polowego aparatu AP 39, z terenów manewrowych w okolicy Sucha Beskidzka, uzyskałern dla mjr. Janusza połączenie telefoniczne z jego mieszkaniem w Krakowie w czasie, gdy jego córeczka była niebezpiecznie chora.  Było dla mnie wielką satysfakcją, że i w taki sposób mogłem się przysłużyć mojemu ulubionemu dowódcy.

 

Całą służbę zawodową odbyłem w plutonie łączności 3 Pulku Strzelców Podhalańskich, z wyjątkiem jednego roku, kiedy byłem podoficerem broni w 3 kompanii strzeleckiej, gdzie dowódcą był kpt. Krach, a szefem sierż. Palinkiewicz, obaj wzorowi wychowawcy.

 

Oprócz normalnych zajęć w plutonie ,prowadziłem w tym samym czasie: 1) Kasyno Podoficerskie, 2) Magazyn Klubu Sportowego, oraz 3) obsługę aparatu kinowego (Zeiss Icon).  Kasyno Podoficerskie (stołownia i bufet) było często odwiedzane przez oficerów wpadających na czarną kawę, na "jednego z kropką", lub też na Marcowe czy Zdrój Żywiecki, które było sprzedawane z beczki, albo w butelkach pół litrowych.  Ceny kasynowe były tak wykalkulowane, aby tylko bufet przynosił dochód. W jednej z sal kasynowvych mieściła się biblioteka podoficerska z dość pokaźnym liczącym 4 tysiące tomów księgozbiorem.  Kasyno to obsługiwane przez kucharkę i jednego strzelca wymagało stałego nadzoru.  Przebywałem tam w czasie posiłków i wieczorami, przy odbiorze produktów spożywczych i alkoholu.  Kiedy dowódca pułku płk. Józef Giza (dowodzący później dywizją w II Korpusie we Włoszech ) zgodził się zakwaterować i wyżywić uczestników trzydniowych zawodów o mistrzostwa Polski w pływaniu otrzymałem jeszcze obowiązek wyżywienia dodatkowo okolo 300 zawodników młodych i z bardzo dobrym apetytem.  Zwiększona na ten czas obsługa kasyna ze mną włącznie, pracowała podwójnie ciężko, ale przy tym nauczyliśmy się dużo.  Normalnie nie każdy mógł prowadzić takie kasyno, gdyż wymagało to wielu godzin pracy i znajomości towaru i produktów.  Poniewvaż jednym rozkazem byłem natychmiast przeniesiony do ośrodka narciarskiego w Szczyrku, więc nie mogło być mowy o protokólarnym zdawaniu kasyna.  Zrobiłem to więc przez wręczenie kaperty z kluczami sierżantowi Józefowi Biernatowi.  W taki to sgosób skończyłem moją karierę gospodarza kasynowego ku mojemu zadowoleniu.

 

W 1935 roku, w okresie późnej zimy spadł w okolicy Bielska- Białej bardzo mokry śnieg, który pozrywał połączenia telefoniczne.  Na prośbę Państwowego Urzędu Poczt w Bielsku byłem wysłany wraz z 12 ludźmi do częściowej naprawy tych połączeń.  Mimo zimna i mokrego śniegu robota była wykonana.  Zaraz potem przypadła na mnie warta przy głównej bramie koszar pułkowych.  W tym też czasie zjawił się przedstawiciel Urzędu Pocztowego z pieniędzmi za naprawę połączeń telefonicznych.  Kiedy oficer służbowy chciał skierować tego pana do adiutanta pułku, ten odparł, że otrzymał polecenie wypłacenia pieniędzy bezpośrednio tym żołnierzom, którzy naprawiali linie.  I tak się stało.  Cieszyliśmy się z tego zarobku z zadowoleniem komentując mądre zarrządzenie o dostarczeniu wynagrodzenia bezpośrednio nam.

 

W lecie 1936 zostałem odkomenderowany wraz z plutonem łączności do Cieciny w powiecie Żywieckim, gdzie pułk przeprowadzał strzelania bojowe.  Do moich obowiązków należała dopilnowanie ustawiania tarcz bojowych, wystawianie posterunków ochronnych naokoło terenu strzelań ostrych, połączenia linią telefoniczną stanowisk strzeleckich ze stanowiskami tarczowymi, oraz dopilnowania kuchni żołnierskiej, aby wszystko było na czas przygotowane w odpowiedniej ilości i jakości.  Produkty żywnościowe zamawiałem w kwatermistrzostwie pułku, albo prywatnie u rzeźników na podstawie zapotrzebowania sporządzonego przeze mnie a podpisanego  przez ppor. Górskiego,  W związku z tą kuchnią przypominają mi się dwa wydarzenia.  Raz obfite deszcze w tym rejonie spowodowały powódź i uszkodzenie mostu na Sole.  Obiad dla kampanii strzelającej musiał być na czas, a rzeznik z Żywca nie dostarczył mięsa, choć już godzina 11-sta!  Zameldowałem wtedy o tym ppor, Górskiemu, komendantowi strzelnicy, prosząc jednocześnie o pozwolenie na zakup wędlin u miejscowego rzeźnika w Cięcinie - Węgierskiej Górce.  Ppor. Górski zgodził się, więc sytuacja była uratowana: każdy żołnierz dostał przepisową porcję... wędliny na obiad.

 

W okresie tej strzelnicy bojowej spałem przeciętnie 4 - 5 godzin na dobę, gdyż śniadanie musiało być gotowe na 4.30 lub najpóźniej na 5 rano bo już o 6 zaczynano strzelania.  Jednego dnia kompania została bez chleba mimo zapotrzebowania wysłanego w odpowiednim czasie do kwatermistrzostwa pułku w Bielsku.  Wtedy wozem zaprzągniętym w dwa wojskowe konie pojechaliśmy z woźnicą z Cięciny do Bielska (35 km.) wprost do piekarni Kułakowskiego na ul. Cieszyńskiej.  Pobrawszy potrzebną ilość chleba wracaliśmy do Cięciny, gdy koło Pietrzykowic złapała nas burza.  Nie tracąc zirmnej  krwi zajechaliśmy do szopy przy restauracji Adamczyka, gdzie przeczekaliśmy ulewę, aby potem wrócić do Cięciny z suchym chlebem.  Śniadanie było na czas.  Chleb zamówiony poprzednio przyszedł pociągiem,  został wyładowany na rampie stacji Węgierska Górka i nie przykryty nasiąkł deszczem.  Kiedy mnie powiadomiono o tym transporcie, to już nie było co odbierać.

 

W czasie odbioru funkcji podoficera gospodarczego plutonowy Okoń chciał mi zdać pozostałe produkty żywnościowe, które on odebrał od kwatermistrza pułku.  Ja na swoją odpowiedzialność tych rzeczy nie odebrałem, tłumacząc p. plutonowemu, że jeżeli on je odbierał to i on się powinien z tego wyliczyć.  Z dużą gębą zwrócił się do mnie: kapralu daję wam rozkaz odebrać te pozostałe produkty, odpowiedziałem stanowczo, że nie odbiorę.  Zajście to zgłosiłem do ppor. Górskiego, który przyznał mi rację.  Dało mi się wyczuć później, że plut. Okoń chce mi szkodzić na opinii ale mu się to nie udało.

 

Do moich obowiązków należał także zakup drzewa do kuchni polowej, które załatwiałem w Leśnictwie Węgierska Górka (własność arcyksięcia Stefana Habsburga).  Człowiek z którym załatwiałem tę transakcję drzewną .przyznał się, że lubi bardzo nasz chleb wojskowy.  Drugi raz jak przyjechałem z woźnicą po drzewo sprezentowałem mu bochenek naszego smacznego wojskowego chleba.  Człowiek ten w zamian kazał nam naładować drzewa suchego, bukowego, więcej niż było zapłacone, z czego kucharze byli bardzo zadowoleni.  Suche drzewo ułatwiło im przygotowanie na czas wyżywienia dla komp. strzelającej.  Z tym drzewem była jeszcze jedna historia, mianowicie tamtejsza ludność była uboga, drzewo nasze, ktbre kucharze sobie przygotawali na dzień następny, znikało w ciągu nocy.  Powtarzało się to dość często.  Wobec takiego stanu rzeczy kucharze i ja puściliśmy pogłoskę, że niewidoczne pociski karabinowe będą wkładame do drzewa.  Od tego czasu, drzewo od kuchni polowej przestało znikać.

 

Do likwidowamia strzelnicy mieliśmy bardzo mało czasu.  Sprzęt ze schronów tarczowych, sprzęt telefoniczny, tarcze, pozostałość żywności odwieźliśmy do krytego wagonu kolejowego na stacji Węgierska Górka wozem taborowym tylko w trzech kolejkach, drogą z wybojami, gdzie koła zapadały głęboko w wyjeżdżonych koleinach.  Woźnica, ja i kucharze włożyliśmy dużo wysiłku w pomoc koniom i utrzymanie wozu w równowadze, aby się nie nakrył kołami.  Sprzęt załadowaliśmy i wagon mógł być zaplombowany w żądanym przez K.P.K czasie. Następnie para koni taborowych z wozem i koń wierzchowy przed odmarszem do Bielska przechodziły ogólne  mycie i czyszczenie w niedalekiej rzece Sole.  Kąpiel ta odbywała się w pobliżu mostu drewnianego, gdzie akurat w tym czasie przejeżdżał samochód, którego warkot i szybkość sploszyły nasze 3 konie, a te pogalopowały sobie każdy w inną stronę.  Po długich i wymagających sprytu zabiegach konie złapaliśmy.  Do pułku w Bielsku przez Pietrzykowice autor konno, woźnica na wozie wróciliśmy szczęśliwie.  Tam mjr. Drabik kwatermistrz pułku po sprawdzeniu księgowości kasowej za wyżywienie na strzelnicy bojowej zapytał się mnie przez mojego dowódcę por. Steczowicza czy w nagrodę za wzorowe wywiązanie się z moich obowiązków chciałbym urlop, czy pochwałę w rozkazie pułkowym.  Wybrałem pochwałę, gdyż trzy pochwały tego rodzaju dawały mi awans.  W rezultacie otrzymałem i pochwałę i urlop od mojego dowódcy por. Steczowicza.

 

W tym miejscu przypomnę kilka danych o dowódcy pułku.  Płk. Józef Giza był nie tylko dobrym dowódcą, ale i wychowawcą, i dobrym gospodarzem.  Gdy, jak się w wojsku czasem zdarza, oficer lub podoficer meldował się do raportu karnego, to prawie nikt nie otrzymał kary, tylko bezpośrednie ustne upomnienie tak trafiające do rozsąd'ku i sumienia, że winowajca wychodził wzruszony i z jeszcze większym szacunkiern dla plk. Gizy.  W swojej małej książeczce ewidencyjnej miał pułkownik spis wszystkich oficerów i podoficerów, skrupulatnie notował tam ich wady i zalety.  Znał każde drzewko na terenie pułku.  Na manewrach spędzał noce w rowach strzeleckich i jadał posiłki z kuchni żołnierskiej.  Gdy w 1937 roku nasz patrol narciarski wrócił z zawodów w Worochcie po uzyskaniu drugiego miejsca, zamiast pierwszego, to nie tylko nie robił wymówek o to, ale zaprosił nas na obiad do kasyna oficerskiego.

 

W czasie jego dowodzenia pułkiem, orkiestra pułku, której kapelmistrzem był kpt. Rund w niedzielę po poludniu dawała koncerty muzyki ludowej oraz ogólnopolskich utworów muzycznych pod golym niebem w miejscach publicznych na Rynku w Białej, przed dworcem kolejowym, na Placu Bolesława Chrobrego w Bielsku i w Lesie Cygańskim.  Koncerty te gromadziły duże tłumy słuchaczy - miłośników świetnie wykonanej muzyki przez orkiestrę 3 Pułku Strzelców Podhalańskich  .Ta sama orkiestra brała również udział we wspólnej modlitwie wieczornej całego pułku w okresie letnim na dziedzińcu koszarowym.  Brać żołnierska śpiewała: "Pod Twoją Obronę" albo "Wszystkie nasze dzienne sprawy" z orkiestrą.  Całość tej podniosłej pieśni wznoszącej się wtedy w niebo Wolnej Polski z kilku setek ust młodych ludzi-żołnierzy zakańczał dzień ich twardego życia, dając niepowtarzalne korzyści wychowawcze - koleżeńskie - narodowe.  Koszary 3 P.S.P. były na wzgórzu i dzisiaj tam jeszcze są widoczne z daleka.

 

Z grona korpusu podoficerskiego pamiętam st. sierż. Kędzierskiego, który prowadził kasyno oficerskie.  St. sierż. Przybyłowicz z ewidencji był przewodniczącym korpusu podoficerskiego i dbał o dobrą opinię podoficera nie tylko w ramach pułkowych, ale i wszędzie poza koszarami, a specjalnie na terenie Bielska, gdzie ludność była w 75 proc. niemiecka.  St. sierż. Fijak, kawaler orderu Virtuti Militari, st. sierż. Kudziela, st. sierż. Mycek, sierż. Zmudziński,  sierżant Palinkiewicz lubiany za wzorowe i sprawiedliwe wywiązywanie się ze swoich funkcji, sierż. Panek, sierż. Kubica, st. sierż. Leśniak, tych dwóch ostatnich: plut. Władysław Rodak i plut. Drapa byli z mojego rocznika, skończyli szkołę podoficerską piechoty, a autor łączności.  Władek Drapa przeżył Dachau z pierwszego transportu Polaków w 1939 r.  O Rodaku nic nie słyszałem od 1939 roku.

 

Pięknych i niezapomnianych przeżyć w wojsku dostaczyło mi narciarstwo.  Począwszy od 1934 roku brałem udział indywidualnie bądź też w zespołach w zawodach narciarskich na: Klimczoku, Szyndzielni, Czantorii, w Szczyrku, w Milówce, na Turbaczu, w Wiśle, w Zakopanem i w Worochcie.  Jako indywidualny narciarz, bądź też jako instruktor narciarski kilku młodszych roczników, przemierzyłem wiele, bardzo wiele kilometrów na "Szlakach Pięknych" i nigdy niezapomnianych w Beskidach Śląskich, w Tatrach i w Karpatach Wschodnich.  Na zawodach w Szczyrku wywalczyłem 1 miejsce w szafecie podoficerskiej, a drugiego dnia ponownie 1-sze miejsce w biegu patrolowym ze strzelaniem naszej 21-ej Dywizji Górskiej, za co koledzy z patrolu zanieśli mnie na rękach z mety do pensjonatu "Skalite".  W Worochcie na zawodach o mistrzostwo Wojska Polskiego zakwalifikowali nas na drugie miejsce, ale pozwolę soóie tutaj wspomnieć, że w trzecim dniu zawodów podczas strzelania tarcze były wadliwe i nie funkcjonowały dobrze na naszej osi stnelania.  To było przyczyną uzyskania niższej punktacji przez nasz patrol.  Osobiście chciałem to udowodnić, ale sędziowie nie dopuścili mnie do tarcz.  Wręczanie nagród odbywało się w Worochcie, przy pomniku "lotnika" zrobionym ze śniegu.  Generał bryg. Łukowski (zginął w Katyniu) wręczył każdemu członkowi naszego patrolu zegarek kieszonkowy "Cyma".  Mam go do dzisiaj w zupełnie dobrym stanie.  Pamiętam jedno małe wydarzenie przy wyjeździe z Bielska na zawody do Worochty.  Już byliśmy w pociągu. kiedy przybiegł sierż. Paprota z wartsztatu krawieckiego i podał nam wstęgę żółto-granatową, o kolorach piechoty, z napisem "Synowie Podhala - Bohaterom II Brygady Legionów".  Szarfa ta została przyczepiona do wieńca, jaki w drugim dniu zawodów dowódcy patroli złożyli u stóp Krzyża Legionów na przyłęczy Panterskiej, gdzie w czasie I Wojny Swiatowej II Brygada Legionów stoczyła ciężkie walki.  W tamtym też rejonie patrole narciarskie kwaterowały w chatach huculskich.  Pamiętam, że raz trafiiiśmy do bardzo biednej chatynki, z jednym małym okienkiem, bez drewnianej podłogi, gdzie kawałek blachy nad otwartym paleniskiem służył jako piec do gotowania w jedynym żelaznym czarnym garnku.  Ugotowaliśmy sobie w nim kurę kupioną od właścicielki tego gospodarstwa.  Było to nasze ciepłe pożywienie po przyjeździe do mety, a przed startem następnego dnia..  Podzieliliśmy tę kurę dla 6 osób: czworo z patrolu, plus jeden zapasowy i kpt. Góra, nasz opiekun.  Dołożyliśmy do tego suchy prowiant wojskowy.  Nie przygasiło to jednak naszego entużjazmu, ani wiary w zwycięstwo.  Za drugim razem mieliśmy szczęście trafiając w m. Żabie do leśniezówki państwa Tyczyńskich.  Nie tylko, że było ciepło w całym domu, ale sprawą zaspakajania naszych apetytów zajęła się gościnnie pani domu więc odpadła nam praca sporządzania śniadania i kolacji.  Spaliśmy w pokoju na sianie pachnącym łąkami i sosnami karpackimi, przykryci bielutkimi, lekkimi i ciepłymi wełnianymi kocami.  Odświeżeni tym wspaniałym odpoczynkiem w gościnnej leśniczówce, przeprowadziliśmy rano ostatnie strzelanie treningowe.

 

W zimie 1934 - 35, byłem w ośrodku narciarskim w Kamesznicy, między Żywcem a Zwardoniem na wysokości Milówki.  Komendantem tego ośrodka był kpt. Honsberger.  W naszym zespole treningowym było 2ch braci Bryś z pobliskiej miejscowości Sól.  W czasie ćwiczeń terenowych zaprosili nas do swego domu, gdzie ich matka przyjęła nas z przysłowiową polską gościnnością, częstując gorącą usmażoną słoniną ze skwarkami, czarnym chlebem i gorącym mlekiem.  Nikogo z nas nie trzeba było długo zapraszać do konsumowania tych prostych potraw podanych obficie i ze szczerą gościnnością.  Przy powrocie do Kamesznicy mieliśmy jeszcze jedną przyjemność, a mianowicie zamiast jechać na przełaj przez góry pojechaliśmy "skiringiem": parę koni zaprzęgnięto do sanek i umocowano długą linę, której trzymaliśmy się "gęsiego".  A musieliśmy się naprawdę dobrze trzymać, gdyż droga była wąska i pełna zakrętów, a sanki jechały dość szybko, więc nie było trudno zastać gdzieś pod płotem.  Roześmiani i szczęśliwi wrociliśmy na kwatery.

 

Z mojej kariery narciarskiej, jako żołnierza, zawodnika, czy instruktora, utkwiły mi w pamięci takie nazwiska, jak: płk. Wagner, kpt. Horoszkiewicz, kpt. Góra, ppor. Jan Kubik, ppor. Mieczysław Klich, por. Prus, por. Rusek, ppor. Włudyka, sierż. Józef Biernat, st. sierż. Jacek Gibes, plut. Stojek. plut. Mikołajczyk, plut. Słowik, plut. Pawluszkiewicz, kpr. Haratyk, kpr. Morawa kpr. Franciszek Mrowca (rozstrzelany w Brzezince - Oświęcim, kpr. Staszewski, plut. Okrzesik i kpr. Gradek.

 

Opiekunami drużyn narciarskich byli: mjr. Dembowski, mjr. Drabik, kpt. Stiller, kpt. Nobolski, kpt. Góra, kpt. Honsberger.  Nagrody za zwycięstwa narciarskie były wręczane przez dowódcę pułku albo też dowódcę 21 D.P.G. na dziedzińcu koszarowym przy dźwiękach marsza podhalańskiego granego przez orkiestrę pułkową, albo też na Błoniach Krakowskich wobec licznie zebranej publiczności z Krakowa.  Nagrody te były ufiundowane przez Polskie Tow. Sportowe z Bielska-Białej, Cieszyna, i przez zarządy miast Bielska, Białej, Cieszyna i Zakopanego.

 

Pamiętam, jak mjr. Dembowski, który był opiekunem naszej grupy na zawodach o mistrzostwo Wojska Polskiego w Zakopanem, przyszedł do mnie gotowego już na starcie i wkładając mi suszone śliwki do kieszeni mówił, abym się niczym nie przejmował i tylko jechał do przodu.  Swoją swobodną i spokojną rozmową uspakajał nas.  Mjr. Drabik zaś przyszedł wieczorem do schroniska w którym mieliśmy kwatery i mówił, abyśmy wzięli pierwsze miejsce.  Wtedy Franek Mrowca zdenerwował się i odpalił, że każdy z nas chce zdobyć pierwsze miejsce, ale może tego dokonać tylko jeden spośród nas. Mjr. Drabik odwrócił się i poszedi do siebie, aby za chwilę karmić każdego z nas pigułkami na uspokojenie nerwów.

 

Warunkiem przyjęcia mnie do służby zawodowej było złożenie egzaminu nadzwyczajnego z zakresu siedmiu klas szkoły powszechnej.  Do egzaminu przygotowywałem się w czasie pełnienia służby nadterminowej.  Gdzy czułem się już na siłach, wniosłem pisemne podanie o dopuszczenie mnie do zdania takiego egzaminu do dyrektora 7 klasowej szkoły powszechnej w Żywcu.  Do egzaminu zostałem dopuszczony i zdałem go z wynikiem bardzo dobrym.  Z wielkim moralnym zadowoleniem złożyłem uzyskane świadectwa u mojego ówczesnego dowódcy, por. Steczowicza.

 

W 1936 roku skończyłem kurs z zakresu sześciu klas gimnazjum matematyczno-przyrodniczego, koncesjonowanego przez wydział Oświecenia Publicznego w Katowicach.  Kurs ten kończyłem z myślą składania podania do Szkoly Podchorążych dla Podoficerów w Bydgoszczy, albo też po upływie 12 lat służby zawodowej w stopniu podoficera starać się przeniesienie do leśnictwa, albo do Urzędu Poczt i Telegrafów, gdyż taki projekt miał być wprowadzony w życie.  Niestety, Wrzesień 1939 przekreślił te wszystkie plany i zamiary.

 

W ciągu całej służby nadterminowej i zawodowej pewną część gaży posyłałem na pomoc dla domu rodzicielskiego.