MŁODOŚĆ

 

Urodziłem się bardzo dawno, bo na początku obecnego stulecia. Dokładnie 14 maja 1907 r., w Pietrzykowicach, na Ziemi Zywieckiej, woj. Kraków.  Miejscowość ta w tym czasie była pod zaborem austriackim jeszcze 11 lat od daty mego urodzenia.  Ojciec mój był robotnikiem, pracował w przemyśle tekstylnym w Bielsku-Białej, które oddalone jest od Pietrzykowic 19 km. w kierunku płn.-zachodnim.  Matka Katarzyna z domu Kasińska.  Tam też wychowywałem się do czasu czynnej służby wojskowej t.j. do marca 1930 r.  W domu było nas sześcioro rodzeństwa: Karol - najstarszy, Bartłomiej, ja, a następnie Józef, oraz dwie siostry Anastazja i Helena.

Panująca w naszych okolicach w czasie 1-szej  Wojny Swiatowej czerwonka zmniejszyła nasze rodzinne grono: w jednym tygodniu zmarli bracia Karol i Józef, a w następnym pożegnał się z nami na zawsze dziadek, Szymon Caputa. Nie miałem wtedy jeszcze dziesięciu lat.  Pamiętam jednak, że w czasie tej epidemii dwa albo i trzy kondukty dziennie odprowadzały zmarłych na cmentarz do Starego Żywca.  Matka, chcąc zawiadomić swojego ojca i siostry o śmierci moich braci, posłała mnie z tą bolesną wiadomością do sąsiedniej miejscowości Zarzecza.  Było to zimą.  Chcąc się dostać do wioski rodzinnej matki, trzeba było przejść na drugą stronę rzeki Żylicy (dopływu Soły) po wąskiej kładce, która była wtedy pokryta lodem.  W czasie tej przeprawy poślizgnąłem się i wpadłem do lodowatej wody.  Na szczęście nie było głęboko, więc udało mi się wydostać na brzeg, skąd zacząłem biec do domu dziadka Jana Kasińskiego w Zarzeczu.  Co za rozkosz była zdjąć z siebie sztywne od lodu, mokre ubranie, a ubrać znów ciepłe...

Do dzisiaj mam przed oczyma wyraźny obraz moich dwóch zmarłych braci, leżących w trumnach z sosnowych desek pomalowanych na brązowo, na wiórach przykrytych białym prześcieradłem.  Jakże spokojnie wyglądali w świetle gromnicy Karol i Józef.  Krewni i sąsiedzi odmawiali Różaniec, Litanię do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, śpiewali pieśni żałobną, a mnie nie chciało się w głowie pomieścić, dlaczego właśnie oni umarli.  Było nas przecież sześcioro i wszyscy chorowaliśmy w tym czasie.  Jedynym lekarstwem, jakim matka dysponowała, był czarny proszek, jak węgiel, w okrągłym pudełku wielkości małego kubka.  Dlaczego więc Karol, czternaście lat, i Józef ośmioletni?

Przecież tak się dobrze uczyli!  Odprowadziliśmy ich do drewnianego kościoła (z roku 1507 najstarszego na Żywiecczyźnie, który spłonął w 1944 roku w czasie walk o Żywiec) w Starym Żywcu, a po Mszy Świętej na tamtejszy cmentarz, gdzie zostali pochowani.  Proboszczem był wtedy Ksiądz Moskal.  Widzę, jakby to było dzisiaj, zapadający się ze starości mur otaczający cmentarz ze stojącym pośrodku sędziwym modrzejowym kościołem z szeroką czworokątną dzwonnicą, w której było główne wyjście.  Słyszę dzwony, których głos rozchodził się bardzo daleko.  Kościół stał w dolinie rzeki Soły, szerokiej na 30 do 80 metrów, wzdłuż której ciągnęły się grzęzawiska na jakieś 800 metrów do 1 kilometra.  Dopiero za nimi były pola uprawne.  Często jednak plony były zmywane przez katastrofalne powodzie.

Ojciec, matka i brat Bartłomiej zostali pochowani na cmentarzu w Pietnykowicach.  Ojciec zmarł, kiedy pełniłem służbę podoficera nadterminowego w 3-cim Pułku Strzelców Podhalańskich w Bielsku.  Na wiadomość o chorobie mojego ojca, dowódca plutonu łączności por. Steczowicz dał mi 3-dniową przepustkę.  Kiedy przyjechałem do domu, zastałem ojca w lepszym stanie zdrowia.  Wróciłem do pułku, ale niestety po dwóch tygodniach otrzymałem zawiadomienie o znacznym pogorszeniu się zdrowia ojca.  Ponownie uzyskałem przepustkę.  Na pytanie "jak się czuje tata?" nikt mi nie odpowiedział.  Wszedłem do izby, gdzie ojciec leżał.  Podszedłszy cicho do łóżka pocałowałem go w czoło, otworzył oczy, poznał mnie.  Matka przyprowadziła brata i siostry.  Ojciec jakby czekał na tę chwilę, aby mieć nas wszystkich koło siebie.  Uniósł prawą rękę, czyniąc jakiś ruch, jakby pożegnania, chciał coś powiedzieć, ale tylko zaczął głośniej i urywanie oddychał.  Po chwili nastała cisza.  Ojciec odszedł od nas.  Klęknąwszy powtarzaliśmy z płaczem za matką modlitwy za spokój jego duszy.  Potem ubraliśmy ojca w najlepsze ubranie, białą koszulę; matka włożyła mu różaniec w dłonie.  Władek Walaszek, stolarz z Pietrzykowic, przywiózł trumnę, którą ustawiliśmy na dwóch krzesłach.  Złożyliśmy do niej ojca i postawiliśmy w głowach palącą się gromnicę.  W ostatni wieczór przed pogrzebem zebrali się przy ojcu wszyscy krewni, sąsiedzi i znajomi na modlitwy i śpiewy żałobne, prowadzone przez wioskowego krawca, Michała Cadra.  Syn jego, Antoni, był moim przyjacielem.  Smutek, jakim te pieśni były przepełnione, chwytał za serce.  Rozpłakałem się jak dziecko mimo że byłem w wojskowym mundurze.  Na drugi dzień rano przed zamknięciem trumny podszedłem z matką i trójką rodzeństwa na ostatnie pożegnanie.  Ze łzami w oczach prosiliśmy Boga o wieczny odpoczynek i spokój dla najlepszego ojca.  Wkrótce była pora na wyjazd do kościoła.  Przyjaciele zmarłego, wynosząc trumnę, stawiali ją na moment przy każdym przechodzeniu, przez próg w domu.  Nasz sąsiad, Andrzej Rybarski, był już przed drzwiami z lekkim wozem, wymaszczonym słomą i zaprzężonym w parę koni.  Ojciec wieziony w trumnie na tym wozie, a my, bliższa i dalsza rodzina, przyjaciele i sąsiedzi szliśmy piechotą.  Droga prowadziła przez mały strumyk zwany Wieśnikiem, stanowiący północno-zachodnią granicę naszej parceli.  Od Wieśnika szliśmy do Górnych Pietrzykowic w kierunku szkoły, od której skręcało się w lewo na wąską, wyłożoną "kocimi łbami", drogę, prowadzącą prosto do góry do kościoła.  Ksiądz Dusza, wikary wyszedł jakieś 200 metrów na spotkanie konduktu pogrzebowego.  Kościół pietrzykowicki nie był jeszcze wykończony: miał tylko wybielone wnętrze i betonową podłogę a zamiast na organach Michał Cader grał na fisharmonii.  W kościele trumnę ze zwłokami ojca złożono na katafalku, obok którego zapalono dwanaście dużych świec woskowych, (za co płaciło się osobno).  Ksiądz Dusza odprawił Mszę św. i wygłosił krótkie okolicznościowe kazanie, po czym sześciu mężczyzn przeniosło trumnę na cmentarz i postawiło przy otwartym grobie.  Ks. Dusza odśpiewał Salve Regina i odmówił modlitwy.  Uczestnicy pogrzebu żegnali Zmarłego śpiewem pieśni kościelnych, z których ostatnią była "Witaj Królowo".  Serce ściskało się z bólu przy słuchaniu tych pieśni i na myśl, że oto za chwilę droga osoba będzie złożona w grobie i zasypana ziemią.  Ks. Dusza pokropił trumnę wodą święconą, odmówił ostatnią modlitwę i rzucił pierwszą grudkę ziemi.  Za jego przykładem poszli wszyscy oddający ojcu ostatnią posługę.  Ciężko było matce i nam zostawić ojca w grobie na wieczny sen, ale takie jest przeznaczenie każdego człowieka.  Wróciwszy strapieni do domu, gdzie na każdym kroku brakowało nam ojca.  Ja musiałem jechać do pułku.

 

Grób ojca leży w zachodniej części nowego cmentarza, na lekkim wzniesieniu.  Zasadzono tam małe drzewka.  Gdy po 25 latach odwiedziłem miejsce spoczynku moich rodziców, to trudno mi było się zorientować, gdyż drzewa powyrastały, przybyło grobów i krzyży.  Prawie wszystkie nazwiska na tabliczkach znałem.  Niebyłem na pogrzebie matki w 1956 roku, ani też brata Bartłomieja który umarł 7 lipca 1961 roku.  Dopiero będąc w Polsce w 1970 roku uporządkowałem groby rodziców i brata i wystawiłem nagrobki.